Polska matka żłobkowicza i przedszkolaka… na rozpędzonej karuzeli wirusów i bakterii.

10382708243_805d5c9cca_z

 

Temat nikogo z was nie zdziwi. Sezon zachorowań na wszelkiego rodzaju infekcje mamy w fazie rozkwitu. Matka Polka co rano zrywa się z łóżka i biegnie do dziecięcego pokoju, by troskliwym gestem sprawdzić czółko malca, przyjrzeć się mu uważnie, starszaka zapytać o samopoczucie. Zewsząd bombardują nas informacje o chorych dzieciach i dorosłych- ten kaszle, ten kicha, tamten ma tzw. jelitowkę. No a tu przecież praca zawodowa, obowiązki domowe, jakieś plany wyjazdowe. Jak żyć z ciągłym oddechem infekcji na plecach naszego przedszkolaka? Z wizją konieczności informowania szefa o 5.00 rano, że niestety nie będzie nas w pracy?

Nie ma co owijać w bawełnę, sezon jesienno – zimowy to dla rodziców małych dzieci ogromny stres. Pracujące matki stresują się podwójnie, życie całych rodzin (babć, dziadków, cioć) podporządkowane bywa choremu malcowi, żeby tylko ten czas jak najmniej zaważył na życiu zawodowym rodziców.

Dodatkowo stres oddania dziecka do placówki zazwyczaj idzie w parze ze stresem powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim, wychowawczym itd. Wtedy chcemy się wykazać, udowodnić, że nasza wartość na rynku pracy się nie zmieniła. Walczymy o utrzymanie stanowiska, nierzadko rywalizujemy z innymi, szczególnie w korporacjach. Musisz dać z siebie więcej, niż inni, a co rano płaczące maleństwo odrywa od ciebie pani przedszkolanka, a w pracy już o godzinie 12.00 dzwoni telefon, ze dziecko ma gorączkę, ktoś powinien je natychmiast odebrać z placówki.

Jak pogodzić profesjonalizm w miejscu pracy z krwawiącym matczynym sercem? Przesadzam? Nie. Mam wrażenie, że umysł i sposób postrzegania świata matki, która przeżywa lęk separacyjny z dzieckiem przypomina stanem czas po porodzie. Wtedy zalewa nas fala hormonów, jesteśmy chwiejne emocjonalnie, drażliwe, ciągle płaczemy. Ja podczas pierwszych dni syna w żłobku czułam się identycznie, jak po jego przyjściu na świat. Ta niepewność, ten lęk pomieszany z ekscytacją, że zaczyna się coś nowego. Ta myśl, czy wszystko będzie dobrze, czy moje dziecko jest szczęśliwe, bezpieczne- najpierw poza moim brzuchem, potem poza moimi ramionami.

Gdybym miała zobrazować mój stan, gdy 15 miesięczny synek zaczynał żłobek, wystarczy sobie mnie wyobrazić 1 września. Byłam wychowawcą pierwszej klasy w gimnazjum, rozpoczęcie roku szkolnego celebrowaliśmy mszą świętą… uczniowie dziwnie patrzyli na swoją nowa panią, która cały czas płakała. Dzisiaj myślę, że musieli mieć poważne obawy, cóż to za niestabilna emocjonalnie i smutna osoba będzie ich podporą i przewodnikiem w nowej szkole.

Nawet nie chcę myśleć, co przezywają matki – polki pielęgniarki, lekarki, prawniczki, policjantki, księgowe, kasjerki. Praca wymaga skupienia, zaangażowania, a my jesteśmy myślami daleko od niej, jesteśmy przy naszym dziecku.

Wracam już grzecznie do głównego tematu wpisu, czyli do tego chorowania naszych dzieci.

Co możemy zrobić? Jaki mamy wpływ na odporność małego człowieka? Czy mamy wojować w szatni z mamami, gdy widzimy innego malca z chusteczka przy nosie, czy dać sobie spokój?

Ja już przerobiłam rok żłobka i dwa pełne lata przedszkola, teraz zaczęliśmy trzeci. Dużo o tym czytałam, rozmawiałam z lekarzami, innymi matkami, obserwowałam dziecko moje i inne w moim otoczeniu. Garść wniosków przedstawiam w syntetycznej formie poniżej. Pamiętaj, to moje wnioski i moje sposoby. Warto próbować dla dobra dziecka wszystkiego, nie wszystko się jednak sprawdzi i zadziała u nas tak, jak u kogoś.

 

  • Szybko pogódź się z faktem, że masz wpływ tylko na siebie i na swoje dziecko. Akcje edukowania innych mam i pań przedszkolanek, by nie było chorych dzieci w placówce, są z góry skazane na porażkę. U nas od zawsze były karteczki od pediatry po chorobie, zapewnienia, że kaszel, katar, to tylko alergia. Skąd masz wiedzieć, że faktycznie tak nie jest? Że ten czy tamten przedszkolak naprawdę jest alergikiem i stąd ten nawracający kaszel i glut do pasa? Skąd masz wiedzieć, czy mama małej Kasi lub małego Jasia nie jest zatrudniona na okres próbny i po pierwszym l4 straci posadę? Ona zrobi wszystko, by iść do pracy, dopiero gorączka spowoduje, że dziecko zostanie w domu. Tak czy siak, ty nic z tym całym przedszkolnym światem nie zrobisz, nie masz na to wpływu.
  • Zacznij traktować katar i lekki kaszel jako objaw tego, że organizm dziecka walczy z infekcją, a nie jako objaw choroby, która musi skończyć się siedzeniem w domu i antybiotykiem. Organizm walczy i uczy się, jakiej broni użyć następnym razem na tego samego intruza. Nasze dziecko zaraża katarem? Nic z tych rzeczy, wirus jest zakaźny w okresie wylęgania się choroby, przed wystąpieniem pierwszych objawów. Dziś, patrząc w szatni na zakatarzonego malca obok, wiem, że on był źródłem zakażenia tydzień lub dwa tygodnie temu, gdy jeszcze nic mu nie było.
  • Nie podawaj środków przeciwgorączkowych, jeśli temperatura nie przekracza 38 kresek. Niby wiemy, po co rośnie nam temperatura ciała w czasie infekcji, ale ignorujemy tą wiedzę, szybko obniżając dzieciom gorączkę. Owszem, zwalczamy wtedy objawy, ale wirus ma wtedy cały parkiet dla siebie, im niższa temperatura, tym łatwiej mu się namnażać. Nie odbieraj organizmowi dziecka broni, nie obniżaj stanów podgorączkowych.
  • Obserwuj dziecko i naucz się odróżniać infekcje wirusowe od zakażeń bakteryjnych. Najlepiej załóż zeszyt i notuj różne objawy, poziom gorączki itd. Nie pozwól zbyt szybko pediatrze wystawić recepty na antybiotyk, jeśli dziecko nie wykazuje objawów infekcji bakteryjnej. Po co niszczyć bezzasadnie florę bakteryjną jego organizmu, siać spustoszenie. U mnie barometrem typu infekcji jest wysokość temperatury i samopoczucie dziecka. Przy wirusie mój syn szaleje, jakby nic mu nie było, z nosa się leje, kaszle jak gruźlik, ale skacze po kanapie jak mały kangurek. Kilka razy zaatakowały go bakterie i już moje dziecię się samo pokładało, więcej spało, gdyby nie było permanentnym niejadkiem, zapewne by mniej jadło. No ale mój syn czy zdrowy czy chory, to pokarmu do życia nie potrzebuje.
  • Pogódź się z faktem, że po chorobie kaszel może utrzymywać się nawet do miesiąca. W pierwszym roku non stop ciągałam syna do lekarza, by go osłuchiwał. Uspokojona w pierwszej chwili, wracałam po kilku dniach jak bumerang. No bo ile on może kaszleć? Ten kaszel taki brzydki, raz suchy, raz mokry. Za każdym razem słyszałam odpowiedź pediatry – brak aktywnej infekcji. Dziecku spływa do gardła wydzielina, która zalega w organizmie. No i dostawałam karteczkę, że zdrowy maluch może iść do żłobka. Teraz już wiem, kiedy kaszel jest niepokojący i natychmiast musimy udać się na osłuchanie, a kiedy jest pamiątką po niedawnym przeziębieniu.
  • Nie zamykaj dziecka w domu i nie przegrzewaj. No tu pokutuje tzw. ciepły chów naszych mam i babć. Jak temperatura spada poniżej 10 stopni, to na naszych ulicach rozpoczyna się rewia mody zimowej. Ciepłe czapki najlepiej z misiem w środku, rękawiczki, zimowe kurtki. Do tego wszystkiego niewiele jest okazji do lansowania tej mody, gdyż place zabaw i parki świecą pustkami. Matki decydujące się na spacer w deszczu, to już w ogóle unikatowe okazy. Sami robimy sobie i dzieciom krzywdę. Tu apeluję szczególnie do mam dzieci żłobkowych – po odebraniu dziecka z placówki koniecznie idźcie na spacer, do parku, gdziekolwiek. Niech to dziecko ma szansę przebywania na powietrzu, bo w żłobku raczej nie zdarzają się wyjścia na spacerki itp. Te dzieci większość dnia spędzają w zamkniętych pomieszczeniach. W przedszkolu jest już lepiej, dzieci częściej wychodzą na zewnątrz nawet jesienią i zimą.Ja jestem szczęśliwą posiadaczką cudownej teściowej, która wbrew temu, co sądzi większość osób z jej pokolenia, nie jest                     zwolenniczką przegrzewania dzieci i trzymania ich w domu z powodu lekkiego przeziębienia. Dzięki mamusiu :). Pamiętaj też, by w domu nie było zbyt gorąco, szczególnie w nocy. Według pediatrów najlepsza temperatura to 19-22 stopnie. My trzymamy się kompromisu górnego indeksu.
  • Testuj różne metody wzmacniania odporności i zaczynaj od tych naturalnych – pełnowartościowa dieta, naturalne wspomagacze typu tran, algi morskie, miód, zioła, ostatecznie suplementy. Ja w okresie jesienno – zimowym podaję tran i probiotyk. Codziennie. Jestem posiadaczką trudnego typu dziecka – niejadka, stąd decyzja o takim wspomaganiu. Dziecię moje z wielkim trudem i rzadko bierze do ust ryby, je tylko kilka rodzajów warzyw i owoców.

            4001654567_aa6f4b8f35_z

 

Na koniec rada- nie daj się zwariować .Niestety teraz co trzeci post na blogach parentingowych to krzyk rozpaczy i nienawiści do rodziców, którzy posyłają zakatarzone dzieci do żłobka i przedszkola. Rozumiem lęk i frustrację, sama to przerabiałam i chciałam wracać na urlop wychowawczy, by moje dziecko wreszcie przestało chorować. Dziś po trzech latach mówię ci ze spokojem –  jeśli twoja pociecha nie kończy każdej infekcji nadkażeniem bakteryjnym i antybiotykoterapią, to nie ma sensu demonizować tej jesieni i zimy. Naucz się traktować infekcje, jak naturalne szczepienie odpornościowe. System immunologiczny małego dziecka jest cały czas w fazie dojrzewania. Musimy dać mu szansę i czas, by się doskonalił.

Wszystkim mniej i bardziej zdesperowanym mamom żłobkowiczów i przedszkolaków życzę dużo sił, mądrości i coraz lepszego zdrowia waszych pociech.

 

 

 

 

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *