Im mniej chcesz, tym więcej posiadasz… wolności

luggage-1429585_1280

Czego my właściwie najbardziej chcemy od życia? Czego najczęściej żałują ci, którzy już odchodzą? Czy znacie kogoś, kto żałował, że sobie czegoś nie kupił? Najczęściej żal ściska serce, bo nie zdążyliśmy kogoś przeprosić, naprawić zepsutych relacji, bo komuś nie pomogliśmy. Pojawia się też złość, że nie mieliśmy odwagi czegoś spróbować, gdzieś pojechać, coś zobaczyć, coś przeżyć.

To doświadczenie innych powinno być dla nas ostrzeżeniem, uzmysłowić nam, jak marną wartością są rzeczy, jak głupi jesteśmy, skupiając wszystkie nasze siły na nabywaniu i posiadaniu ciągle nowych przedmiotów.

Owszem, to chwilowa przyjemność, ale nie działa zbyt długo i nie pomoże nam zapełnić deficytów – uwagi, uczucia, bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości.

Podobny stosunek do wartości rzeczy jest jednym z ważnych wyznaczników rokujących dla związku dwojga ludzi. Nie od dziś wiadomo, że wiele konfliktów ma podłoże finansowe i zupełnie inne podejście do tych spraw.

My z P długo siedzieliśmy na starej, brzydkiej kanapie, bo ważniejsze było gromadzenie wspomnień i poznawanie nowych miejsc. Wsiadaliśmy w samolot i odwiedzaliśmy rodzinę i znajomych rozrzuconych po świecie. Nie mieliśmy wątpliwości, że to ważniejsze od zakupu nowych mebli. Tak więc u znajomych siedzieliśmy na pięknych narożnikach z białej skóry, komfort był, nie powiem, wypas też ;). No ale teraz oglądamy zdjęcia z miejsc, które zwiedziliśmy i super, że je mamy.

Ostatnio czytałam artykuł na temat tzw. minimalizmu życiowego, zaciekawiła mnie ta pseudofilozofia, więc sięgnęłam po inne teksty i po książkę. Odkryłam z wielkim zdziwieniem, że moje życie i stosunek do zakupów wpisuje się w ten cały minimalizm, choć nigdy się nie kształciłam w tym temacie. Może jestem instynktowną minimalistką, super ;).

Nie będę cię do niczego przekonywać, ale ponieważ dobrze sobie ostatnio sprawę przemyślałam, wymienię kilka argumentów… dlaczego warto minimalizować ilość posiadanych rzeczy.

 

  1. Mniej dylematów związanych z wyborem – tu kobiety przodują w słynnym wzdychaniu przy szafie, z której wysypują się ubrania, a one w rozpaczy stwierdzają, że nic w niej nie ma sensownego. Dlaczego? Połowy swoich rzeczy nawet nie widzą, nie pamiętają o ich istnieniu, skupione na nabywaniu kolejnych sztuk odzieży nie dbają o to, co już mają. Zatem szafa jest kolorowym śmietnikiem i nic tam nie wydaje się na tyle atrakcyjne, żeby to na siebie włożyć.
  2. Wyjeżdżasz? Pakowanie się zajmuje moment i nie generuje stresu. Nie masz 10 par sandałków i 45 torebek, więc wybór jest prosty. Masz jedną parę, ale tych ukochanych, tych, które lubisz i dokładnie takie chciałaś zawsze mieć. Koleżanka się dziwi, że kosztowały kilka setek? Uwierz mi, ona wydała w ostatnim roku na buty 5 razy tyle.
  3. Właśnie, ten punkt wyniknął z poprzedniego… stać cię na to, co naprawdę chcesz mieć. Nie musisz iść na kompromisy. Kupujesz rzadko, ale jak już coś jest ci potrzebne, nie czekasz na wyprzedaże. Idziesz, kupujesz, wychodzisz.
  4. Nie marnujesz czasu w sklepach. Dzisiaj czas jest luksusem, a możliwości jego spędzania mamy masę. Jeśli wyrzucisz z głowy i życia rytuał zakupów, odczarujesz go, przestaniesz traktować jako jedną z metod na spędzenie popołudnia, szybko się zorientujesz, że nagle masz czas na masę innych rzeczy. Ile razy słyszałam z ust jednej czy drugiej koleżanki – ty to jesteś zorganizowana, masz czas na czytanie? Od niedawna słyszę czasem – kiedy ty te teksty na bloga piszesz, na to trzeba mieć czas. No tak… jest niedzielne popołudnie, a ja nie biegam z rodziną po galerii handlowej (czasem tak, ale to tylko jak muszę, np. zima się zbliża i trzeba dziecku kurtkę kupić), nie siedzę w kawiarni z torbą wypchaną zakupami, nie snuję się wśród wieszaków zawalonych toną kolorowych sukienek… siedzę zawinięta w koc i piszę, bo mi to sprawia przyjemność.
  5. Nie zagracasz swojej przestrzeni życiowej. Twój dom to nie śmietnik, więc go tak nigdy nie traktuj. W domu musisz umieć wypocząć, to musi być przestrzeń, w której dobrze się czujesz, musi być twoja i pod względem estetycznym i praktycznym. Nabywanie masy sprzętów, co chwilę nowych, powoduje, że te poprzednie upychamy w kątach, szafach, pudłach. Powoli rośnie góra elektrośmieci, powoli przestajemy panować nad tym, co mamy, a czego naprawdę potrzebujemy.

 

Są plusy tego niekupowania prawda? Kiedyś przyjaciółka powiedziała mi, że kupione rzeczy cieszą ją do momentu, kiedy nie poodcina papierowych metek i nie schowa ich do swojej szafy. Zatem co daje radość? Posiadanie czy akt zakupu?

Żeby była jasność, nie żyję w ascezie i korzystam z wszelkich dostępnych mi ułatwiaczy egzystencji- samochód, telefon, komputer, rok temu nabyłam najcudowniejsze urządzenie pod słońcem Philips Airfryer, które za mnie smaży kotlety, placki i frytki i to bez użycia tłuszczu. Ja tylko naciskam guzik i mogę wskakiwać pod kocyk z książką. Nie chodzę też do pracy codziennie w tym samym ubraniu i o dziwo mam nawet dwie pary butów zimowych ;). Żyję normalnie, kupuję to, co muszę, a od czasu do czasu coś, co niekoniecznie muszę, ale z jakiegoś powodu bardzo to chcę.

Uwielbiam rzeczy pięknie wykonane, po których widać, że ktoś miał talent, koncept i włożył w to pracę. Świat materialny jest ważny, ale nie priorytetowy.

 

Jeśli czujesz się trochę niewolnikiem swojego życia, zakładnikiem własnego domu, szafy… czujesz chaos i ciągły strach o to, że wciąż masz za mało, spróbuj przez dwa miesiące nie kupować nic poza tym, co potrzebne ci do codziennej egzystencji – absolutnie trzeba się myć, prać ubrania i jeść ;).

Ciekawa jestem, jak się będziesz czuć bez tych wycieczek po „coś małego, taniego” prawie każdego dnia. Jeśli wytrzymasz, nagrodą będzie stan twojego konta. To taki dodatkowy atut tego minimalizmu.

Jest coś, co zawsze chciałeś kupić, ale było ci szkoda pieniędzy? Teraz je masz J.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *