A mury rosną, rosną, rosną…

               Coś się stało, coś pękło i rozkrusza się na coraz mniejsze kawałki. Jakieś poczucie wewnętrznego rozbicia i niepokoju towarzyszy mi każdego dnia. Coraz częściej moje swobodne dotąd wyrażanie myśli, poglądów poprzedza refleksja – z kim rozmawiam, z której on czy ona jest strony barykady, czy nie spotkam się z tym zimnym murem, który kręgi ludzi ostatnio szczelnie otacza.

Jesteśmy podzieleni i ja to czuję wyraźniej, niż kiedykolwiek dotąd w moim życiu. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych byłam dzieckiem, ta cała ówczesna zawierucha mnie jakoś nie dotykała, a świat wydawał mi się całkiem przyjazny.  Ani wtedy ani później nigdy nie wstydziłam się tego, że urodziłam się i mieszkam w Polsce. W duszy czułam ulgę, że te wszystkie straszne historie to już tylko przeszłość, że teraz jakieś jasne czasy nastały, że idziemy w dobrą, bezpieczną stronę, wszyscy razem.

Takim naczelnym motywem w mojej głowie była „wolność”, tym hasłem karmili nas podczas szkolnych akademii, uczyli śpiewać, czcić, pamiętać i szanować.

„Dziecko, żyjesz w wolnej Polsce, niczego nie musisz się bać, możesz głośno powiedzieć wszystko, ciesz się tym” – mówili rodzice. Zadbali też o to, żebym już jako uczennica szkoły podstawowej zobaczyła tyle, ile się dało, żebym zobaczyła zachodni świat. Pojechałam z grupą rówieśników na wycieczki do Niemiec, Francji, Danii. Te wrażenia pamiętam do dzisiaj… wszystko było inne, ludzie pogodni, dzieciaki w kolorowych ubraniach jeżdżące na deskorolkach, wielkie sklepy i bary typu fast food (my jeszcze nie mieliśmy pojęcia, co to jest  Mc. Donalds), pokoje hotelowe otwierane elektroniczną kartą. Wtedy dla małej Ewy to wszystko było niesamowite i nie mieściło mi się w głowie, że u nas mogłoby być tak samo.

Mijały lata i tamten świat stawał się częścią naszej rzeczywistości. Dziś niczym się nie różnimy i przypuszczam, że mały B podczas wyjazdów nie miałby pojęcia, że jest w innym kraju, gdybym mu tego nie powiedziała.

               Jest tak, jak obiecywali rodzice, żyję w wolnej Polsce i mogę robić, co chcę, jechać tam, gdzie chcę i mówić to, co chcę… przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało.

„Uważaj co mówisz i do kogo”

„Pamiętaj, pracujesz w publicznej szkole, lepiej się nie narażać”

„Nie chwal się, że byłaś na tym proteście”

„Na jakim kanale oglądasz wiadomości?”

„Jesteś patriotką?”

„Twoje dziecko chodzi na religię?”

„Urzędy, policja i wojsko nie mogą zaangażować się w akcję WOŚP”

Coś mi tu śmierdzi i prawdę mówiąc w tą moją osobistą wolność ktoś wbija małe szpileczki i kłuje, irytuje, coraz częściej ingeruje i zabiera spokój.

Najbardziej przeraża mnie fakt, że te rosnące między nami mury są coraz wyższe, coraz mocniejsze. Podczas rodzinnych, świątecznych spotkań lepiej będzie pewnych tematów nie poruszać, bo przecież ma być miło, przecież się kochamy i szanujemy.

Wśród moich znajomych, gdy spotykamy się w większej grupie, wybuchają czasem dyskusje… jesteśmy ludźmi różnego sortu, mniej i bardziej prawdziwymi Polakami.

W mediach (tych prawych i lewych) nie cichną głosy straszące jakąś zbliżającą się uliczną apokalipsą. Zarzucają sobie nawzajem, że tamci drudzy dążą do przelewu krwi obywateli. Że to się musi stać, bo napięcie rośnie i podziały są coraz większe.

Co jeszcze się nie zgadza?

  1. Chwieje się to, co było wpajane w moją świadomość jako sukces i filar bezpieczeństwa, nagle wartość tego jest deprecjonowana, mówią mi, że ktoś mnie oszukał i że Unia Europejska to jedna wielka ściema, kolos na glinianych nogach, którego zaraz nie będzie.
  1. Magia i moc otwartych granic, ta nieskrępowana wolność podróżowania, międzykulturowa wymiana doświadczeń… teraz grożą palcem. Granice najlepiej zamknąć, wpuszczać wybranych, posortowanych, sprawdzać, kontrolować.
  1. Wolne media, wolność organizowania zgromadzeń, wolność słowa, wyznania, orientacji seksualnej i wszystkiego innego… zapatrzeni w zachód dążyliśmy do tego jak szaleni. Wielokulturowe projekty w moim liceum, lekcje religii, gdzie gośćmi byli nosiciele wirusa HIV, którzy opowiadali nam, co to za choroba i przełamywali tabu, że przez podanie ręki nas nie zarażą. Uczono nas tolerancji, szacunku do wszystkich i ganiono wszelkie przejawy dyskryminacji. Frontmani rockowych kapel przyjeżdżali do nas i krzyczeli ze sceny „Wolność, kocham i rozumiem, wolności, oddać nie umiem…”, a my śpiewaliśmy razem z nimi, taka zapatrzona, rozkochana w idei wolności młodzież.

Dziś nasze dzieci będą się uczyć na lekcjach wychowania do życia w rodzinie, że antykoncepcja to rozwiązłość, a samotny ojciec czy matka, to nie rodzina. Dowiedzą się też, że nauczyciel, który żyje w konkubinacie jest zły i niemoralny…. zresztą szybko przestanie być tym nauczycielem. Dowiedzą się, że homoseksualizm to choroba, którą trzeba leczyć u psychiatry.

Dzisiaj jestem osobą dojrzałą, mam ukształtowany światopogląd i system wartości. Nauczyciele, rodzina, grupy rówieśnicze, media – wszyscy mieli wpływ na to, kim jestem dzisiaj. Nie potrafię się nagle przewartościować, wymienić systemu operacyjnego i zacząć działać zgodnie z obecnymi wytycznymi. W imię czego mam się wyrzekać siebie? Bo tak trzeba?

Coś jest nie tak, wszystko jest nie tak. Przez lata uczyli, wpajali, wychowywali do pewnych wartości, a teraz co zrobić z tym, kim jestem?

Powiedz mi zatem, czy jestem przedstawicielem totalnie oszukanego pokolenia, czy teraz ktoś robi ze mnę wariatkę?

Ja dalej nie wiem, a mury dalej rosną, rosną, rosną…

 

5 komentarzy

  1. Wiesz co, my chyba jesteśmy tym oszukanym pokoleniem. Widzieliśmy szarość i brud lat 80-tych i 90-tych. Pozwolono nam uwierzyć, że jest coś takiego jak WOLNOŚĆ, że teraz możemy mówić i robić co chcemy. Potem uczono nas, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna sie ona drugiego czlowieka. I uznaliśmy to za OK, za sprawiedliwe. Teraz próbują nam pokazać że wolność jest tylko jedna- ta właściwa z tej właściwej strony, telewizji, partii.
    Mam wrażenie że przeżywamy to, co czuli ludzie po 1945 roku. Walczyli o wolną Polskę. To co zastali najpierw ich zadziwialo, denerwowalo, próbowali przekonać lud, że nie o taka Polskę walczyli, ale coś się z tym ludem podzialo…ulegli.
    Dzisiaj nie mogę uwierzyć, że jest tylu zwolenników „dobrych zmian”. Nie mogę uwierzyć, że wykształcona kobieta jest w stanie stwierdzić, że stosowanie prezerwatywy powoduje raka piersi a nasienie mężczyzny potrafi wyleczyć chorobę kobiety. I dziwię się i przecieram oczy, ale niestety- są ludzie, którzy popierają te i inne herezje.
    Zastanawiam się- czy znów historia zatoczyła koło?…

  2. Mnie się wydaje, że mieliśmy możliwość tej WOLNOŚCI dotknąć. I mam nadzieje, że o tym będziemy mówić dzieciom, jednak wierzę, że nasze dzieci też w ostateczności ją poczują!

    1. Nie no nie przerażajcie mnie… my żyjemy w wolnym kraju. A dotykamy teraz opuszkami palców jakiejś ingerencji w tą nasza wolność.

  3. Niestety muszę się z Tobą we wszystkim zgodzić… „Niestety”, bo przeraża mnie to, co dzieje się dookoła nas. W zasadzie ostatnio moim największym marzeniem jest zaszyć się na resztę życia w jakimś miejscu, którego to wszystko nie dotyczy…. San Escobar? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *