Na pewne rzeczy już za starzy, a na inne jeszcze za młodzi?

                  Nie wiem, w jakim wieku jesteś mój czytelniku, tego mi niestety Gogle Analytics nie pokaże, zatem twój odbiór dzisiejszego wpisu pozostanie dla mnie wyjątkową zagadką. O tym, jak subiektywnie oceniamy „młodość” i „starość” świadczy choćby konfrontacja mojego sposobu myślenia dzisiaj i ponad 20 lat temu. Będąc uczennicą szkoły podstawowej, wyliczałam z koleżankami, ile lat będziemy mieć w roku milenijnym i wszystkie byłyśmy przekonane, że w słynnym roku 2000 będziemy miały już swoje rodziny, w tym minimum dwoje dzieci. No bo to już taki „poważny” wiek będzie ;).

Teraz robię duży skok do tegoż wyjątkowego roku i co? Widzę postrzeloną studentkę, która żyje chwilą, nic nie planuje, a każdy dzień jest inny. Bawię się, poznaję masę ciekawych ludzi i mam swojego ukochanego- ale absolutnie nie męża. O wychowywaniu dzieci to nawet mi się myśleć nie chciało, a co dopiero naprawdę je mieć.

Z dzisiejszej perspektywy tamten studencki okres jawi mi się jakąś arkadią, kiedy to z racji bycia dorosłą (i to daleko od rodziców) mogłam robić wszystko, na co miałam ochotę, a nie miałam żadnych szczególnych obowiązków, powinności, tych dorosłych spraw. Moim zadaniem było uczyć się, dbać o siebie i miejsce, w którym mieszkam. No sami przyznacie, że nie za wiele tego . 😉

                  Teraz powinieneś mnie zapytać- co cię kobieto naszło na takie wywody na temat wieku? Ano naszło…. i to w trakcie zabawy sylwestrowej!

Wyobraź sobie, że ja, pani 35+ (nie będę cię w szczegóły wtajemniczać dla twojego dobra ;)) pierwszy raz w życiu świętowałam nadejście nowego roku na tzw. sali, czyli taka zorganizowana impreza w lokalu restauracyjnym, gdzie płacisz z góry ustaloną kwotę i bawisz się z ok. 70 osobami, z czego znasz tylko kilkanaście (ja znałam zaledwie kilka).

Hmmm, od drzwi zaczęły się schody- nie dosłownie oczywiście ;). Po zaliczeniu szatni i korytarza odważnie wkroczyliśmy na salę- ja, pan P i para naszych bliskich przyjaciół. Już po kilku krokach moja przyjaciółka Ania mocno ścisnęła mnie za łokieć i z przejęciem stwierdziła- o rany, ja się chyba na takie imprezy nie nadaję. To był klucz do całej nocy- ja się nie nadaję 😉.

Żeby była jasność… towarzystwo było urocze i cudownie się na niektóre roztańczone, zapatrzone w siebie pary patrzyło. Urzeka mnie widok dwojga starszych ludzi (takich w wieku moich rodziców, dziadków P), którzy doskonale się czują i bawią w swoim towarzystwie, mają wokół siebie przyjaciół, czują, że żyją… niekoniecznie w kapciach przed TV.

No właśnie, na tej sali były damy w długich sukniach i panowie pod muchą. Muzyka na żywo, jakość całkiem dobra, tylko repertuar jakby mocno nie nasz.

Była też garstka ludzi w naszym przedziale wiekowym, spotkałam nawet koleżankę z pracy, która bawiła się w towarzystwie męża i niewielkiej grupy przyjaciół.

Czas mijał, a panowie zdejmowali krawaty, rozpinali guziczki koszuli i podwijali rękawy, z upływem godzin i przepływem mocnych trunków przez liczne gardła atmosfera balu przeistaczała się w klimat wesela w remizie strażackiej.

Taniec w rytmie disco- polo i przy taktach weselnej zachęty „idziemy na jednego”. Taki znany nam skądinąd przekładaniec. 😉

Już słyszę w głowie twój komentarz- o co ci babo chodzi?  Jest wesoło, wódka się leje, naród się śmieje i nowy rok nadchodzi.

Jak wyglądały wszystkie poprzednie sylwestry w moim życiu?  Ostatnie lata to domówki z racji ciąży, małego dziecka i tego typu okoliczności wśród znajomych. Jakoś tak wszyscy późno się za te dzieci zabraliśmy, ale… wcześniej było szaleństwo :). Góralskie karczmy, kuligi, zimowe ogniska z opcją kąpieli śnieżnej (tu przodowali panowie w negliżu), przebrania z rozmachem, pokazy talentów, konkursy, zabawy, gry itd.

Oczywiście bywały też imprezy typowo klubowe- również zorganizowane, opłacone, z suto zastawionym szwedzkim stołem i didżejem- wodzirejem.

Tańce- hulańce zakrapiane alkoholem oczywiście wpisane były w sylwestrowe doznania.

Dlaczego w tym roku byliśmy tacy jacyś… skonsternowani? Oboje czuliśmy (w zasadzie troje, bo mąż Ani poczuł zew zabawy i okoliczności oraz muzyka zupełnie nie były dla niego istotne), że to nie jest nasze miejsce i to nie jest nasz sylwester?

W końcu P stwierdził, że za niemałe pieniądze zafundowaliśmy sobie wesele (oj nie przepadamy i z góry przepraszamy wszystkie znajome młode pary za zbyt szybką ewakuację), tylko takie bez nowożeńców.  Miał rację i oboje zgodnie w akcie bezradności wybuchliśmy śmiechem.

Staraliśmy się, tańczyliśmy do tych przebojów, hitem wieczoru było coś w stylu „Ale ale Aleksandra, ale ale ale ładna…”, piliśmy tą prawie weselną wódeczkę i toczyliśmy (to było najfajniejsze) ciekawe rozmowy przy stole, zagryzając udziwnioną wersją polędwicy w cieście francuskim z pieczarkami- „prościej” się nie dało chyba ;).

My z Anią z prędkością światła wpadałyśmy na parkiet, gdy zespół zdecydował się zagrać jakiś przebój Dżemu, czy stary hit Maanamu. Gdy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki utworu Cohena „Hallelujah” , chyba jakiś anioł nas niósł na skrzydłach do tego tańca, śpiewania itd.

To były tylko chwile w morzu majteczkowo- kropeczkowych hitów.

                  Nie wiem, czy przedział wiekowy 35-50 lat to taki czas bycia już za starym na zabawę w klubie lub bieganie prawie nago po śniegu, ale jeszcze za młodym na ten tryb zabawy w stylu seniorów? Naprawdę nie wiem.

Czy to kwestia wieku czy raczej upodobań i doświadczeń zabawowo- towarzyskich?

                  Wiem jedno- czegoś na imprezie w takim formacie brakuje, jest poczucie jakiegoś jałowego biegu, straty cennego czasu. Kocham bawić się, śpiewać i tańczyć- z racji posiadania niezbyt tanecznego partnera, taniec w parze za bardzo mi nie wychodzi, co niestety czują moi koledzy, którzy tańczyć potrafią i nieświadomi mnie do takowego tańca zaproszą. No ale co tam… liczy się zabawa.

Może przyszedł czas, by pogodzić się ze słowami tekstu Agnieszki Osieckiej- „…dawne życie poszło w dal, dziś pierogi, dzisiaj bal…” i przystosować się do nowego dla nas formatu?

Nieeeeee! Życie jest za krótkie i z całą pewnością kolejnego sylwestra przeżyjemy inaczej. 🙂

A jak było u was? Zadowoleni jesteście?

 

6 komentarzy

  1. ja już jestem za stara na imprezy sylwestrowe ale ponieważ od kilku lat nie bywaliśmy na żadnej to w tym roku kompromis – bal karnawałowy 🙂 zobaczymy jak będzie 🙂

  2. Z kolei ja uwielbiam klimaty weselno-karnawałowe. Uwielbiam tańczyć w parze, ale może dlatego, że przez lata miałam partnera do tańców hulancow i zgrywalislmy się idealnie. Dziś brakuje mi właśnie takiego spędzania czasu, chociaż na Sylwestrowym balu nigdy nie byłam (za to zaliczyłam kilka balów karnawałowych i nawet dancing będąc dziewczyna w wieku 25+: było bosko😊). Najważniejsze to spędzić tę magiczną noc z ludźmi, którzy są dla nas ważni, a okoliczności to już drugorzędna sprawa.

  3. Miło się ciebie czyta .Mądrze.Odkrycie twego bloga to mój mały/duży zysk.
    I chociaż mam często inne zdanie na określony temat, to szanuję twoje
    przemyślenia i piękny,czysty język.
    Zaglądam do ciebie dla przyjemności .Jak do biblioteki.POZDRAWIAM.

    I

  4. Uwielbiam się bawić ale na dancingowopolową nutę nie daję rady. Nigdy nie byłam na balu sylwestrowym. Z mężem kompletnie się nie zgrywamy w zabawie na imprezach balowo tańcowych więc jakoś Sylwester to bardziej wyjazd lub domówka, która jest okazją do spotkania rzadziej widywanych znajomych. Czasem żałuję. Pamiętam z dzieciństwa gdy mamy moja i koleżanek zawsze szły na Sylwestra. Uwielbiałam tę atmosferę cekinowych sukienek, zapachu lakierów i perfum, to była impreza, na której można było sobe pozwolić na szaleństwo, a potem wszystkie dzieciaki w bloku zostawały na jednej imprezie u jednego z nich, oglądając dyskotekę Pana Jacka, pijąc oranżadę i nikt się nie przejmował tym, że kilkuletnie dzieci zostają same na całą noc…
    Przypomniało mi się, że byłam raz na balu karnawałowym, imprezie firmowej, było super ale to wyłącznie dzięki temu, że prowadzona była przez niesamowitego wodzireja. Ubawiłam się setnie, boki można było zrywać ze sposobu w jaki bawił ludzi, prawdziwy talent. Na takiej imprezie nie nudziła byś się 😉

    1. Hehehe no t dawne Sylwestry faktycznie były niezłe, a my dzieci mieliśmy dużo więcej swobody i jakoś nic nam się nie stało. Wodzirej… no możliwe, że bym się dobrze bawiła, kto wie. Nie cierpię tylko takich zabaw weselnych, brrrr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *