Proszone urodziny przedszkolaka… dlaczego ich nie lubię?

               Przypomnij sobie czytelniku, czy kiedy byłeś dzieckiem, zapraszałeś przyjaciół na urodziny? Zapewne tak. Już ci przypominam, jak to mogło wyglądać- skromna uroczystość w domu, mama upiekła ciasto lub zwyczajny tort, było zdmuchnięcie świeczek i odśpiewane „sto lat”, a potem znikałeś z kilkorgiem małych gości w swoim pokoju lub miejscu, gdzie są zabawki. Byliście razem i doskonale wiedzieliście, co zrobić z tym wspólnym, wyjątkowym czasem. Jest jeszcze opcja, że po spałaszowaniu domowego ciasta biegliście na podwórko, bo tam jest najfajniej, tam jest przygoda.

Jeżeli myślisz, że dziś wygląda to podobnie i zapewne niewiele się w kwestii dziecięcych urodzin zmieniło, to się grubo mylisz.

Teraz zgrabnie, w kilku punktach wyjaśnię ci, dlaczego nie lubię tych zorganizowanych imprez urodzinowych dla dzieci i uważam, że to, co my rodzice wyprawiamy w tej kwestii, nie jest dobre.

  1. Wszystko zaczyna się od zaproszeń. Nie myśl, że to są zaproszenia zrobione przez solenizanta, że to są jakieś tam wydrukowane w domu na kolorowym papierze karteczki. To są firmowe zaproszenia, które ma w ofercie miejsce, gdzie impreza ma się odbyć. No ale mniejsza z tym, niech sobie będą nawet posypane diamentowym pyłkiem… najgorsze jest to, co sobą generują, a mianowicie SEGREGACJA DZIECI.

No bo solenizant wręcza zaproszenia tylko tym dzieciom, których obecności życzy sobie na imprezie. Bardzo rzadko spotykałam się z sytuacją, że cała grupa przedszkolna została zaproszona, koszt takiej imprezy byłby nieporównywalnie wyższy.

Jak się domyślasz, są dzieci mniej i bardziej lubiane, mniej i bardziej popularne. Wkrótce powstaje sytuacja, że skoro Jasio zaprosił Grzesia, to Grześ musi się odwdzięczyć i zaprosić Jasia. Tworzy się grupa dzieci, które celebrują urodziny prawie każdego solenizanta i garstka tych, które stoją z boku tego zjawiska. Gdy jakieś dziecko nie rozdaje zaproszeń i jego rodzice z przyczyn finansowych nie robią mu takich urodzin, często wypada z tzw. imprezowego obiegu i nie jest zapraszane do innych. Podobnie rzecz ma się z tymi nieśmiałymi lub chorującymi na coś maluchami. Tak więc już w przedszkolu tworzy się mikro kastowe społeczeństwo.

                          

  1. Następuje zabawa… nie myśl, że swobodna. Nie bądź naiwny, że naprawdę twórcza. Zazwyczaj prawie każda minuta takiego przyjęcia jest zaplanowana. Czas życzeń i wręczania podarunków, zabawy w kółku, wspólne śpiewanie, klaskanie, tańce, zabawy z chustą klanzy (nie martw się, jeśli nie wiesz, co to jest), poczęstunek (masa okropnych słodyczy), tort i obowiązkowe „sto lat”, malowanie twarzy, ogromne bańki, zabawy w basenie z kuleczkami i tak aż do szczęśliwego (dla nas rodziców) finału.

Dzieci absolutnie nie mają możliwości wymyślenia i zorganizowania sobie czasu. Mają do dyspozycji dmuchane zamki, zjeżdżalnie, basen pełen kolorowych piłek, labirynt i ściankę wspinaczkową i NIE MOGĄ BAWIĆ SIĘ W TO, CO CHCĄ. Zapomnij o zabawie w wojnę, rycerzy, chowanego, ratowanie księżniczki przed smokiem itd. Dorośli już zadecydowali, co w której minucie ma się dziać.

Odrębną sprawą jest fakt, że wiele dzieci już nie potrafi wymyślać sobie zabaw, szczególnie razem z grupą rówieśników. W dzisiejszych przedszkolach jest taki natłok zajęć, że nie ma czasu na swobodną zabawę, na zawieranie przyjaźni, naukę samodzielnego organizowania sobie czasu. No ale skoro 4 latek poza realizacją podstawy programowej uczy się dwóch języków obcych, gry na pianinie, gimnastyki artystycznej, do tego przygotowuje się do licznych występów, teatrzyków itd.  No kiedy ma się bawić?????

Zatem niech nie dziwi nas fakt, że od niektórych maluchów słyszymy czasem- mamo, w co mam się bawić? Co mogę tu robić?

                

  1. No i wolę już zakończyć punktem nr 3, więc przejdę do PREZENTÓW. Naprawdę byłam przekonana, że większość rodziców podchodzi do tematu rozsądnie i kupuje jakąś zabawkę lub książkę za maksymalną kwotę ok. 50 zł. O jakże się myliłam!

Jedna dziewczynka uparła się, by wypakować wszystkie prezenty zaraz po ich otrzymaniu. Później rodzice wynieśli je do pomieszczenia, gdzie my odbieraliśmy nasze dzieci. Moim oczom ukazał się stos (gości było ok. 20) lalek Barbie, święcących i grających koników Pony, całkiem sporych zestawów LEGO, a nawet komplety srebrnych (logo marki na opakowaniu było gwarantem, że nie jest to sztuczna biżuteria) bransoletek, kolczyków i innych ozdób do włosów i ciała małej solenizantki. To nie są podarki za 50 zł.

Teraz wyobraź sobie, że twoje dziecko jest zaproszone np. na 3 takie imprezy w jednym miesiącu. 300zł zapewne nie wystarczy.

Inną sprawą jest fakt, że takie dziecko nie jest w stanie naprawdę cieszyć się z zabawek, gdy dostaje je w takiej ilości. Kolejne lalki, konie i zestawy klocków lądują w pokoju i zbierają kurz. Nie zapominajmy, że taki mały solenizant ma jeszcze rodzinę, która też nie omieszka go odpowiednio obdarować.

Inwencja rodziców nie zna granic i takie urodzinowe imprezy organizowane są w coraz to ciekawszych miejscach- sala zabaw, kino, basen, grota solna, centrum kreatywne powoli odchodzą do lamusa. Boje się myśleć, co będzie dalej.

          Dziś przyjaciółka powiedziała do mnie- tęsknię za czasami, gdy jak się chciało z kimś pobawić, to wychodziło się na podwórko. To jej zdanie zainspirowało mnie do tego wpisu. No i kolejne kolorowe zaproszenie, które mały B przyniósł z przedszkola.

My nie potrzebowaliśmy animatorów, nie potrzebowaliśmy scenariusza ani szczególnych atrakcji. Mieliśmy wyobraźnię i siebie nawzajem. Jesteśmy chyba ostatnim takim pokoleniem.

 

13 komentarzy

  1. Pola jeszcze nigdy takiego zaproszenia nie dostała. U nas raczej nie robią takich urodzin. Raz była na urodzinach w sali zabaw, raczej skromnych, swojej kuzynki 😉

    1. Może to specyfika regionu, miasta, przedszkola. dzieci moich znajomych chodzą do różnych przedszkoli- publicznych i prywatnych, zjawisko i tu i tu jest powszechne.

  2. Czy na pewno pamietasz swoje urodziny przedszkolne? Ja pamietam ze sami organizowalismy zabawy ale bylam juz wtedy w podstawowce. U nas niezbyt czesto organizuja takie urodziny. Jesli jednak juz idziemy to prezenty sa skromne np.: ksiazka, gra planszowa, itp. Zdarzaja sie nadgorliwi rodzice i kupuja drogie prezenty, ale nie zauwazylam zeby te prezenty cieszyly sie wieszka popularnoscia. Dzieciaki sa na tyle male ze cieszy je kazdy drobiazg.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Przypadkiem zajrzałam dzięki @Makoweczkom i bach, wpis idealny na moje aktualne rozterki. Do tej pory pamiętam swoje urodziny w domu, a ciastem właśnie, drobnymi upominkami-w końcu od nie pracujących dzieci, to było zrozumiałe. A teraz mój Syn chce zaprosić kilkoro dzieci z p-kola i zagwostka gdzie, jak. Był na jednych ur organizowanych i jednych takich „naszych” w domu… Szczerze, byłam skłonna opłacić sale zabaw żeby ktoś się dziećmi zajął, też z uwagi na 5 miesięczne drugie. Ale Twój wpis mnie przekierował, przypomniał, uzmysłowił. Dziękuję. Najwyżej zamówię gotowe babeczki razem z tortem, ale dam dzieciom szansę na spędzenie prawdziwie wspólnego czasu. W domu.

    1. Marto jeśli twój synek był już na urodzinach w sali zabaw, to być może będzie się przy takich upierał i nie ma sensu, byś mu odmawiała. W takim miejscu też można dać dzieciom więcej swobody. Niech program animacyjny nie wypełnia całego czasu szczelnie, żeby dzieci mogły się po swojemu wyszaleć :).

      Miło mi, że zajrzałaś 🙂

  4. sala zabaw to czasami świetna alternatywa w przypadku braku miejsca w mieszkaniu. Są też plusy takich urodzin – skoro dzieciaki w dzisiejszych czasach nie chcą się spotykać na podwórku to chociaż pobawią się podczas urodzin, a może zachęci to ich do późniejszych częstszych kontaktów, a i rodzice się zintegrują – co przyda się w przypadku nieobecności dziecka w szkole i kontaktów do odpisywania lekcji 😉
    A segregacja była zawsze i jest. Myślę, że tu przyznasz rację. Ja np. nie wspominam dobrze szkoły podstawowej chociaż kończyłam ją ok. 20 lat temu, właśnie przez segregację.

    1. Ja osobiście takich urodzin nie lubię, choć ich w tym roku nie uniknę, bo syn jest nieugięty ;). Jakies takie to wszystko w dzisiejszych czasach sztuczne, ustawione, oficjalne. No właśnie… to my sami doprowadzamy do sytuacji, że dziś dzieci nie spotykają się na podwórku, a to było naprawde fajne miejsce… szkoła życia.

  5. Jeszcze gorsze od urodzin w kulkowym placu zabaw sa urodziny w kinie. Spotkałam się z takimi, że po zbiórce dzieci poszły od razu na seans, a po nim – koniec imprezy. Nie było nawet symbolicznego sto lat, zdmuchnięcia świeczki. Oczywiście moje dziecko po dostaniu zaproszenia, chce iść na te urodziny, ale to po prostu wyjście do kina.

    1. Z takimi kinowymi urodzinami to jeszcze nie miałam do czynienia. Niezbyt to miłe, jak nie ma życzeń, sto lat, jakiegoś tortu. Ech seans w kinie… brak słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *