Jesteś Dionizosem czy Apollinem? Powiem Ci… jesteś jednym i drugim!

 Kultura- takie modne słowo, taka ważna część naszej egzystencji, sieć wyznaczników tego co można, a czego się nie powinno. Kulturę stworzył człowiek, więc w naszym mniemaniu musi być doskonała. Funkcjonujemy w określonej kulturze, znamy też termin „wielokulturowość”, który ostatnio drastycznie traci na popularności. Mówimy tak, żeby nie ranić, działamy tak, żeby nie szkodzić, oddychamy tak, żeby innym nie było duszno. Jeśli kurczowo trzymamy się wzorców, nie wychodzimy poza ramy… czujemy się bezpiecznie z samym sobą. Tkwimy w życiowych schematach i nie ma w tym nic złego, dopóki jest nam tak dobrze.

Dlaczego kultura daje poczucie bezpieczeństwa? Bo to człowiek jest demiurgiem kultury, sprawcą tego, co go otacza, panem sytuacji.

Natura, biologia… nie jest naszym dziełem, tu często tracimy grunt, biegniemy w nieznane i już na starcie wiemy, że wiele nas zaskoczy- korzenie, kamienie, żywioły… naszej natury. To nie jest nasze, nie jest wyuczone, nie jest kontrolowane, ale jest częścią nas.

               Spotykasz czasem kogoś i nagle czujesz się tak, jakby ta osoba postawiła cię na zimnych kafelkach kabiny prysznicowej i odkręciła lodowatą wodę. Strumień jest tak silny, że nie możesz złapać oddechu. Czujesz złość, ale gdzieś tam w środku wiesz, że ten zimny prysznic był ci potrzebny. Boisz się kolejnego spotkania z tym kimś, ale jednocześnie czujesz, że ta zimna woda zmywa z ciebie coś, co być może za bardzo się do ciebie przykleiło. Płaszcz kultury bywa niekiedy zbyt ciężki, zbyt ciepły, zbyt komfortowy. Zamykamy oczy na prawdziwe życie.

W relacjach międzyludzkich też obowiązują wzorce, które sami wypracowaliśmy i gdy ktoś wykracza poza nie, często słyszy, że jest „niegrzeczny”, „nieuprzejmy”, „zarozumiały”, „do bólu szczery”.

Kajdany kultury zakazują bycia szczerym… to dla naszego bezpieczeństwa psychicznego. Ilu z nas zniosłoby prawdziwą opinię otoczenia na swój temat? Ilu z nas umiałoby podejść konstruktywnie do prawdziwej krytyki? W jakim stopniu niańczymy samych siebie?

A teraz pytanie do Ciebie? Bywasz czasem tym, który przekracza granice?

W tytule wpisu pojawiły się dwie postaci mitologiczne, które dobrze znasz- Apollo i Dionizos. Według filozofii Nitzschego dwa bieguny, dwa żywioły, które są w każdej ludzkiej istocie.

Apollo będzie symbolem kultury, tego wszystkiego, czego ludzkość się dopracowała, dobrego i złego. Apollo nie potrzebuje walki, by istnieć. Z wysiłkiem i zaangażowaniem buduje piękny pozór egzystencji, otacza się ludźmi, przedmiotami, technologiami, wartościami. U Apollina wszystko jest oswojone i piękne… nawet erotyka ma wymiar potrzeby wyższego rzędu. Gdy on zderza się z naturą- cierpi, mdleje, ucieka. Takie momenty to poród, śmierć, cierpienie w malignie ciężkiej choroby. Zaprzecza konieczności tych ostatecznych przeżyć, nadbudowując coraz to nowe rozwiązania w obrębie tworzonej przez siebie kultury- doskonałe środki znieczulające, otoczka wokół śmierci w postaci wzruszających ceremonii, okazałych grobowców, wieńców, pożegnalnych przemówień- musi się dziać, by jak najmniej przeżywać w środku.

Dionizos jest żywiołem natury, swoją egzystencję opiera na jej doświadczaniu i nie stara się niczego wartościować. Bywa sceptykiem, dekadentem, cynikiem. Mówi i robi to, o czym Apollo obawia się myśleć. Nie uwzniośla żadnych aspektów życia- śmierć to śmierć, z całym jej fizycznym okrucieństwem, seks to potrzeba fizjologiczna i stąd szalona namiętność, która pcha człowieka do fizycznego spełnienia. Dionizos nie ma potrzeby tworzenia więzi, jest irytujący w swoim podejściu do otoczenia. Ceni wolność w każdym jej wymiarze. Wreszcie ceni nader niedoskonałość ludzkiej natury.

No… krótka powtórka z Nitzschego za nami, a teraz powraca pytanie- jesteś Apollinem czy Dionizosem?

Może wszyscy jesteśmy ulepieni po trosze z natury i kultury? Wiem jedno… pamiętam momenty, kiedy stanęłam przed kimś z całym cynizmem i okrucieństwem prawdy Dionizosa. Wyszły ze mnie zdania, które wywołały w oczach rozmówcy mieszaninę zakłopotania, bezradności i irytacji. Zrzuciłam płaszcz kultury i powiedziałam to, czego mówić nie wypada, co może zranić, rozzłościć… i wiecie co? Wbrew pozorom właśnie po takiej interakcji zmieniały się moje relacje z tą osobą w niespodziewanie dobrą stronę. Może ten człowiek tego potrzebował? Nie wiem.

Czasem bywam po tej drugiej stronie i staję oko w oko, słowo w słowo z Dionizosem. To zawsze mocno angażuje emocje i długo, długo boli. Czuję się trochę tak, jakby ktoś zdarł mi z twarzy maskę karnawałową i obnażył coś, co ja nawet sama przed sobą ukrywam. Jestem tak mocno zakorzeniona w kulturze, że początkowo czuję bunt i uważam że należą mi się przeprosiny, że z takich słów interlokutor powinien się wycofać, że to brak empatii, nietakt itd. Tylko właściwie dlaczego? Dlatego, że ja się z tym źle poczułam?

Kiedy jeszcze żywioł natury, biologii przedziera się w nas spod tej kulturowej peleryny? W chwili, gdy rośnie gwałtownie adrenalina. Chcemy zdominować otoczenie naszą siłą- krzyczymy, używamy siły fizycznej. Tak pierwotnie osiągało się cele- wygrywał silniejszy. Kiedy jeszcze? W okresie godowym- gdy walczymy o partnerkę, partnera. Uciekamy się instynktownie do gestów i zachowań, które uczynią nas najlepszymi kandydatami dla obiektu, który wybraliśmy. Nie wiadomo jak to się dzieje, ale nagle błyszczą ci oczy i kręcisz loczek na paluszku, a to przecież takie obciachowe, gdyby wyłączyć ten godowy instynkt ;).

Gdy musimy przeżyć, coś nam grozi,  ten najsilniejszy instynkt pcha nas w zachowania, o które nawet byśmy się nie podejrzewali. Za cenę życia potrafimy całkowicie wyzbyć się tego, co dotąd narzucała nam kultura.

Wiesz, jaka historia z obozu Auschwitz do dziś najbardziej mnie przeraża?

W zapisie wspomnień byłych więźniów oraz na archiwalnych filmach uwieczniono momenty, gdy kobiety odpychają własne dzieci, porzucają nawet niemowlęta, bo wiedzą, że matki z małymi dziećmi idą prosto do komór gazowych. Zatem w niektórych przypadkach instynkt macierzyński przegrywał z instynktem przetrwania. Strach przed okrutną śmiercią był gorszy, niż pozostawienie potomstwa na pewną śmierć.

Ja wiem…. dziś każda z nas krzyczy- w życiu! Nie mieści nam się to w głowie, ale nie mamy prawa oceniać tamtych kobiet. W tak ekstremalnych sytuacjach rządzą instynkty. Wtedy natura, biologia decyduje o tym, jak postąpimy.

               A skąd ten temat w mojej głowie? Czemu katuje cię tymi rozważaniami? Może stąd, że ostatnio w moim otoczeniu coraz mniej Apollinów? Może stąd , że niektórzy bliscy mi ludzie się zmieniają i w związku z tym ja częściej spoglądam w oko Dionizosa? Może też dlatego, że w ostatnim czasie od kilku osób dostałam sygnał, że bywam… nieuprzejma, arogancka, niegrzecznie szczera?

Czyżbyśmy z wiekiem rozluźniali te węzełki kultury?

   

Ps. Jeśli chcesz skonfrontować się z filozofią Nitzschego w postaci sztuki filmowej polecam stary już film „Podziemny krąg” Davida Finchera ze świetnymi kreacjami Edwarda Nortona, Brada Pita oraz Heleny Bonham Carter. Tam widzimy walkę Apollina z Dionizosem. Doskonały film.

4 komentarze

  1. Czytając ten wpis usadowilam się od razu w roli Dionizosa. Tak, krzyczę, rozpycham rękoma, reaguje instynktem, denerwuje mnie otoczka, jaką okrywamy prawdziwe uczucia, myśli i zdarzenia.
    Jednak nie jestem do bólu szczera i nie lubię takiej aroganckiej szczerości. Nie lubię tego „oka Dionizosa” – zaglądać do niego. Co to, to nie!
    Kultura nas tworzy i ogranicza. Nie możemy być wielokulturowi- zawsze będziemy spoglądać na inne kultury z perspektywy tej, z której się wywodzimy. Taki będziemy mieć punkt odniesienia.

  2. Myślę, że każdy z nas dionizyjski bywa i każdy z nas czasem musi się z nim mierzyć. Zawsze będę zgadzać się ze stwierdzeniem, że nie ma na świecie nic trudniejszego niż relacje… z ludźmi i z samym sobą!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *