Zmieńcie kilka standardów (szczegółów) i zlikwidujcie traumę kobiet roniących ciążę.

              Tak bardzo dbacie o ochronę życia poczętego, zadbajcie o godne rozstanie rodziców z dzieckiem, które umarło w łonie matki. Bez względu na etap ciąży. Skoro człowiek jest człowiekiem od chwili zapłodnienia, to 13 tygodniowy posiadacz mikroskopijnego serca też nim jest. Rodzice nierzadko słyszeli bicie tego serca, widzieli migający punkcik na monitorze ultrasonografu. Była już karta ciąży, były plany i marzenia, była informacja dla rodziny i bliskich. Było szczęście, że urodzi się nowy człowiek. Niestety czasem bywa tak, że się nie urodzi.

               Wczoraj usłyszałam kolejną historię matki, która w państwowym, polskim szpitalu przeszła przez mękę, została upokorzona i potraktowana jak intruz… bo na oddziale patologii ciąży tak mało miejsc, a ona tu z jakimś wczesnym poronieniem przyjeżdża. Kolejna historia, bo są ich dziesiątki.

Nie wiem, dlaczego personel szpitali w tak charakterystyczny sposób (delikatnie powiedziane) traktuje kobiety w sytuacji utraty dziecka. Nie rozumiem też, dlaczego nie zmienicie kilku prostych rzeczy, żeby pomóc, ułatwić przejście tej okropnej procedury, oszczędzić złych wspomnień, wesprzeć.

Co należy zmienić?

  1. Informujcie o wszystkim pacjentkę. Ona musi mieć pełną wiedzę i świadomość, jakie środki są jej podawane i jakie wywołają reakcje. Ja wiem, że my nie skończyłyśmy medycyny i się nie znamy, ale wszystko da się wytłumaczyć prostym językiem. Mnie nikt nic nie mówił, każdy mnie zbywał półsłówkami. Podano mi oksytocynę, a ja nie miałam pojęcia, że po tym środku będę miała skurcze porodowe i rozwarcie szyjki macicy. Nigdy wcześniej nie byłam w ciąży i nie rodziłam dziecka. Wiedząc, że poroniłam, nie przyszłoby mi do głowy, że będę musiała znieść taki ból fizyczny. Kobieta, która jedzie rodzić żywe dziecko, wie, że będą skurcze i będzie ciężko. Po oksytocynie kazali mi chodzić po korytarzu, chodziłam 5 godzin… od końca do końca w pozycji staruszki zgiętej w pół. To miało przyspieszyć cały proces. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że podanie oksytocyny jest dla mojego dobra i dla dobra moich kolejnych ciąż i porodów. Takie jest uzasadnienie medyczne, a jak się wie, dlaczego tak musi być, łatwiej to znieść.
  2. Zadbajcie o minimum godności pacjentek i minimum szacunku dla dziecka, które właśnie straciły. Wśród lekarzy i położnych jest jak w każdej innej grupie zawodowej- są bardziej i mniej zaangażowani, bardziej i mniej empatyczni, życzliwi i mniej życzliwi. Wszystko zależy od zmiany personelu, na jaki się akurat trafi. Na to nie macie wpływu, ale… są rzeczy, które nie powinny się wydarzyć, które nie powinny zostać powiedziane. Szpital kliniczny w całkiem sporym mieście na Śląsku, specjalistyczny oddział patologii ciąży. Na ścianach wzdłuż korytarza oprawione w ramy zdjęcia i certyfikaty lekarzy specjalistów. Położna oddziałowa zgarnia mnie do swojego pokoju i wręcza szklane naczynie, które do złudzenia przypomina słoik po kiszonych ogórkach, jeszcze są resztki etykiety na ściankach od zewnątrz. Wręcza mi to i nawet na mnie nie patrząc mówi- a teraz z tym słoikiem będziesz chodzić do toalety i jak poczujesz, że to już to, to łap złotko łap i przynieś mi tu do dyżurki, a my tego korniszonka oddamy do badań do laboratorium. Wyszłam z tym słoikiem na korytarz i stałam tak 10 minut jak zaklęta. Zastanawiałam się, czy ja jestem bohaterką powieści Franza Kawki, czy jestem w programie ukryta kamera. A może to się dzieje naprawdę? Mam iść do toalety i poronić do słoika po kiszonych ogórkach- zakładam, że sterylnego. Ja mam wiedzieć, który to mement i sprytnie złapać jak motyla do specjalnej siatki. Dać buziaka przez szkiełko na pożegnanie i grzecznie oddać pani położnej. Było mi niedobrze z nadmiaru oksytocyny i szpitalnego absurdu, zatem w toalecie zrobiłam coś zupełnie innego.
  3. Przeznaczcie przynajmniej jedną, osobną salę dla kobiet po poronieniu. Moja męka skończyła się wraz ze zmianą lekarzy. Po południu jeden z nich okazał się być rozsądnym człowiekiem i po zbadaniu mnie stwierdził, że prędzej się wykrwawię niż poronię samoistnie i konieczny jest zabieg, jak najszybciej. Po 20 minutach było po wszystkim i obudził mnie dotyk i głos męża. Płakałam i nie dowierzałam, że to już koniec i będę mogła iść do domu. Niestety nie. Zgodnie z procedurą musiałam zostać tam do rana. Zatem spędziłam bezsenną, najgorszą noc mojego życia wpatrując się w biały sufit i słuchając głośnego bicia serc dzieci ciężarnych kobiet na sali. Niektóre z nich cały czas były podłączone do aparatu ktg, zatem serduszka biły jak dzwon- równo, miarowo, taka melodia do zaśnięcia dla kogoś, kto kilka godzin temu stracił dziecko. Znów czułam się jak Józef K, bohater surrealistycznej powieści, który bije głową w mur absurdu i nie rozumie, dlaczego to mu się przydarza. Kropką nad „i” był poranek i radosne stwierdzenie jednej z pań, że oto mamy Dzień Matki. Nie mam pretensji do tych mam, które głaskały się czule po brzuszkach i przepełniało je szczęście, że one już poniekąd mogą świętować. Mnie nie powinno tam być. Obok w sali dwuosobowej leżały dwie kobiety, jedna w zaawansowanej ciąży, druga po poronieniu. Tam mieli nas dwie umieścić na noc… dwie „już nie matki”. No ale, kto by sobie głowę szczegółami zawracał.
  4. Nie insynuujcie niczego i nie oceniajcie nas po pozorach. Miałam wtedy 30 lat i za sobą długą walkę o dziecko. Niestety podczas usg usłyszałam od słynnego pana ordynatora, że mam się tak nie dopytywać o zabieg, bo oni tu nie robią „aborcji na życzenie”. Ja już miałam pewność, że ciąża jest martwa, bo miałam wyniki badania krwi do porównania i diagnozę innego lekarza. On miał kaprys, że może by mnie tak jeszcze tydzień potrzymać. Sugerował też, że tu co chwilę jakieś gówniary przyjeżdżają i dopraszają się o zabieg i że niby wszystkie mają poronienie, a tak naprawdę chcą się pozbyć dziecka. Ja wiem, że w szpitalnej koszuli, blada ze strachu, z włosami niedbale zebranymi w koński ogonek mogłam wyglądać na taką „gówniarę”. Prawda była jednak inna… byłam dojrzałą kobietą, która od kilku lat marzyła o zostaniu matką, a ta strata odebrała mi resztki nadziei, że to się kiedyś stanie. Abstrahując od mojej osoby, nikt nie ma prawa oceniać tych młodych kobiet, które bywają pacjentkami takich oddziałów. Młoda dziewczyna, która traci ciężę, może równie mocno przeżyć stratę, co każda inna. Chyba w procesie kształcenia lekarzy jest za mały nacisk na psychologię i umiejętność rozmowy z pacjentem. Coś tu nie gra.
  1. Posługujcie się fachową terminologią medyczną zamiast jakimś infantylnym slangiem. Nas to nie śmieszy. Zarodek, płód, tkanki, kosmówka, płyn owodniowy, macica, pochwa… nie jakieś pseudozabawne gadki podczas badań i rozmów. Kawały o podtekście seksualnym mogą być śmieszne, jak siedzę ze znajomymi przy piwie, ale nie w szpitalu podczas badań ginekologicznych, w trakcie poronienia. Niech szanowna położna nie wyjeżdża z tekstem „o rozkładaniu nóżek tym razem w mniej przyjemnym celu”, bo to nie jest czas ani miejsce. Hasło typu „ale się dziecko trzęsiesz na tym fotelu, przecież dziewicą nie jesteś, zaraz ci podamy narkozę i zaśniesz, a nóżki przypniemy pasami” to chyba jakaś kpina. Ja umiałam się odezwać, że sobie takich tekstów nie życzę, ale jakaś młoda i bardziej przestraszona dziewczyna w tej sytuacji, nic nie powie.

Dla was to rutynowe zabiegi, dla nas… traumatyczne momenty w życiu.

           Tak niewiele trzeba zmienić, żeby tych historii i złych wspomnień nie było. Trochę więcej wrażliwości, profesjonalizmu i kilka rozwiązań technicznych- osobna sala, rzetelna informacja dla pacjentki, jasność procedur.

Pewnie bym o tym nie napisała, gdyby nie wczorajszy dzień. Ja się z tym dawno uporałam i z perspektywy czasu ze spokojem i dystansem to wszystko wspominam.

Jeden sen tylko do mnie wraca… ta noc, najgorsza.

Panie Ministrze Zdrowia… to Pan mógłby to zmienić? Ktoś musi!

 

 

6 komentarzy

  1. Straszne, okropne traktowanie człowieka. Niestety nadal tak samo. Moja koleżanka jest po 3 poronieniu. Jej przeżycia ze szpitala są jakby kalka tu opisanych…brak słów

  2. Bardzo mi przykro, że musiałaś przez to przejść, że wciąż przechodzi przez to tak wiele kobiet… Szczerze mówiąc w żaden sposób nie potrafię skomentować tego, co się dzieje.. zwyczajnie brakuje mi słów…

    1. Szkoda, że na tak wiele zjawisk w dzisiejszym świecie…brak nam słów. To jeden z setek problemów, z jakimi borykają się ludzie…kropla w morzu.

  3. Łzy same płyną czytając twoje słowa. Słowa które opisują sytuację wielu kobiet. Miałam to szczęście że trafiłam na bardzo ludzkich lekarzy i peielgniarki. To był mój najgorszy dzień w życiu, choć dzięki personelowi medycznemu nie mam traumy. Poczułam empatię z ich strony, troskę o mnie, mogłam wypłakać się na ramieniu pielęgniarki, osobna sala, informowanie o wszystkim, podejście z sercem. Gdy byłam na sali zabiegowej położna trzymała mnie za rękę a druga głaskała po głowie… Więcej mówić nie muszę.
    Każdej kobiecie roniacej życzę takich warunków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *