Znów będę nauczycielem, ale rzeka nigdy nie jest już taka sama.

               Wejdę do strumienia chłodnej, orzeźwiającej wody, takiej, która  mknie prędko, łaskocze skórę, nerwy, zmysły… czasem przyjemnie, czasem drażniąco, czasem rozwesela, czasem irytuje, czasem smuci. Wracam z takim samym zamiarem, jaki miałam zawsze- dobrze uczyć, otwierać oczy na ważne sprawy, prowadzić przez świat literatury, poezji, sztuki i w ten sposób tłumaczyć życie, bo sztuka to odbicie rzeczywistości, często mistrzowskie. Znów będę nauczycielem języka polskiego… od tego zaczęłam moją przygodę z byciem naprawdę dorosłą. Pierwsza praca, pierwsze wyzwania, pierwszy kontakt z młodzieżą i środowiskiem nauczycieli.

Przez ostatnie dwa lata nie byłam nauczycielem przedmiotu, pracowałam na innym stanowisku, co okazało się być zbawienne dla mojego zdrowia. Zajęcia dydaktyczne z całą klasą prowadziłam sporadycznie, za to odbyłam masę ciekawych rozmów indywidualnych z młodymi ludźmi. Zasmakowałam też pracy w zupełnie innym wymiarze, innym rytmie, innym komforcie niż praca przy tzw. tablicy. Przez pierwszy miesiąc, gdy dzwonił dzwonek na lekcję, podrywałam się z krzesła i nerwowo zastanawiałam się, pod którą salą czeka już na mnie klasa. Przez te dwa lata w moim życiu zagościło więcej ciszy, spokojnego rytmu, uczyłam się pracy we własnym tempie.

Zrozumiałam też, dlaczego nauczyciel dydaktyk ma ustalony 18 godzinny wymiar etatu, choć dobrze wiem, że w domu wyrabia drugie tyle, a nawet więcej. Otóż lekcja to niezwykle intensywny czas… po 6 lekcjach bywałam naprawdę zmęczona- głosowo, fizycznie, emocjonalnie. Nie znam specyfiki nauczania innych przedmiotów, ale język polski i historia to w zasadzie monodram z elementami zabawy w reżysera, moderatora i animatora. Przekazujesz wiedzę i umiejętności… każda z tych sfer wymaga innych metod, innego rodzaju zaangażowania ze strony nauczyciela. Wszystkim, którzy zazdroszczą nam tego 18 godzinnego pensum, szczerze polecam sprawdzić się w roli nauczyciela, trenera, szkoleniowca itd. Kto nie spróbuje, ten nie ma pojęcia… jak ze wszystkim.

Czy to tylko wysiłek? Oczywiście, że nie… ta praca ma dla mnie niewyobrażalną ilość zalet.

Gdyby tak nie było… nie chciałabym znów uczyć… wbrew sytuacji zdrowotnej, zdaniu niektórych członków mojej rodziny, radom, opiniom i zapewnieniom wokół, że powinnam spróbować czegoś zupełnie innego, bo mam potencjał.

Przez ostatnie dwa lata spełniałam się w innej roli, pokochałam tę rolę, bo taka indywidualna, bezpośrednia pomoc, to coś, co zawsze chciałam robić, niestety już nie będę mogła. Dobra zmiana odebrała mi możliwość pracy w charakterze szkolnego doradcy zawodowego- takiego z prawdziwego zdarzenia, takiego, który ma czas dla uczniów, który z nimi rozmawia, organizuje różne działania itd. Dobra zmiana zapewniła uczniom 7 i 8 klasy 10 godzin doradztwa zawodowego w roku, a indywidualne konsultacje tylko w poradni psychologiczno- pedagogicznej. W 90% szkół te zajęcia będzie prowadzić pedagog lub wychowawca klasy, bo żaden wykwalifikowany doradca zawodowy nie będzie na tą godzinę w tygodniu do danej szkoły przyjeżdżał.

Jakie miałam możliwości? Wrócić do nauczania lub definitywnie pożegnać się z pracą w szkole.

Tak… pożegnać się, tylko szkoła działa na mnie jak jakiś magiczny magnes. Bardzo dobrze się przetestowałam i przeanalizowałam w kwestii predyspozycji, zasobów, umiejętności… jak bumerang wraca praca z grupą ludzi, praca nauczyciela, doradcy, trenera, psychologa, pedagoga. O psychologii marzę od lat i po cichu zaczynam snuć plany, ale bardzo po cichu.

Za każdym razem, gdy wyobrażałam sobie siebie, jak ostatecznie żegnam się z zawodem nauczyciela, to mi łzy stawały w oczach… czułam się tak, jakbym miała się pożegnać na zawsze z kimś bliskim, ważnym. Z kimś, kto nie zawsze był dla mnie dobry, nie zawsze było nam po drodze ideologicznie, praktycznie, życiowo, ale pomimo tego tak bardzo go kocham. Dlaczego?

Co mi (tylko mi, egoistycznie) daje praca w szkole?

  1. Wieczną młodość i świeżość psychiczną. Obcując stale z ludźmi młodymi, pełnymi przekonań, ideałów, planów, szalonymi, odważnymi (w naszym mniemaniu, aż za bardzo) chcąc, nie chcąc sam ładujesz baterie. Patrzysz na świat trochę ich oczami, uczysz się akceptacji dla tej wiecznej wiosny, co im w duszy gra.
  2. Wyzwalanie kreatywnego myślenia na co dzień. Młodzież to nie jest łatwy partner do czegokolwiek. Nuda ich zabija, gdy ty nudzisz, oni są biernymi odbiorcami treści i szybko wyrzucają je z głowy. W nawyk wchodzi ci szukanie nietypowych dróg, rozwiązań, sposobów na zainteresowanie danym tematem. Kreatywność to twoje drugie imię i niezbędna kompetencja.
  3. Brak monotonii. Idziesz do pracy z jakimś tam planem, pomysłem… a co się wydarzy? Milion razy moja przygotowana lekcja potoczyła się zupełnie inaczej. Każdy dzień to niespodzianka… nie zawsze przyjemna, ale czy w życiu też tak nie jest? 😉
  4. Stałe obcowanie z ludźmi. Mam kontakt z dziećmi, nauczycielami, rodzicami… a kto mnie czyta, ten wie, że to dla mnie priorytetowa sprawa!
  5. Więcej czasu dla mojego prywatnego dziecka. Plan lekcji może ułożyć się tak, że danego dnia skończę naprawdę wcześnie. Do sprawdzianów i przygotowania zajęć mogę zasiąść wieczorem, gdy rodzina już śpi. Zatem pozostaje mi masa godzin w środku dnia- nieosiągalne w opcji 8 godzinnego dnia pracy. Gdybym zdecydowała się na pracę w innym mieście, najwcześniej mogłabym odebrać małego B z przedszkola ok. 17.00, 18.00.
  6. Duży wpływ na to, jak pracuję. Jest podstawa programowa, podręcznik… ale to ja jestem królową mojej lekcji i ja nadaję jej kształt. Ten sam temat można zrealizować na tysiąc sposobów i nikt mi nie narzuca metod, jakimi mam pracować z daną klasą.
  7. Momenty niewyobrażalnej satysfakcji, wzruszeń. Uczeń często wraca, dziękuje, dobrze wspomina, chwali się dalszymi sukcesami, to niesamowicie buduje wewnętrzną motywację do pracy. Każdy z nich to trochę twoje dziecko. Cieszysz się razem z nim i płaczesz razem z nim, gdy on naprawdę cierpi.

Jest tego zapewne więcej, ale już dość, bo was wykończę tym zachwytem nad moim zawodem ;).

Znów będę nauczycielem języka polskiego… wyzwaniem jest dla mnie praca z dziećmi w wieku ok. 10 lat… tego nie robiłam nigdy. To też taki dodatkowy bonus od dobrej zmiany, żeby mi się za bardzo nie nudziło. Namieszali mi też w podstawie programowej, zatem będzie trzeba mądrze manewrować w tych treściach… by nauczyć i mądrego Polaka z tej 8 letniej szkoły podstawowej wypuścić ;). Takiego, który myśli refleksyjnie i jest krytycznym odbiorcą wrażliwym na wszelkie przejawy manipulacji.

Trzymajcie za mnie i moich podopiecznych mocno kciuki!

P.s. Nie boje się porażki, biorę ją realnie pod uwagę i rozwagę ;). Nie byłabym jednak sobą, gdybym pracy z tymi kilkulatkami przynajmniej nie spróbowała. Może czeka mnie wielkie zaskoczenie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *