Dlaczego wychodzę z 5 latkiem na „randkę”?

       

Właśnie tak jak w tytule… bywamy z synem regularnie w kawiarni, herbaciarni, cukierni itd. Najmniej chodzi o to, co tam konsumujemy (przynajmniej mnie), a najbardziej o to, że spędzamy czas razem, dlaczego nie w domu?

No oczywiście, że częściej spędzamy czas w domu, na placu zabaw, w parku, nad jeziorem itd., ale od czasu do czasu bywamy w miejscach publicznych, gdzie spotykają się ludzie, żeby… rozmawiać i powoli delektować się czymś, co sprawia im przyjemność.

Rozmowa z takim dzieckiem nie może być wymuszona, sztuczna, naznaczona pośpiechem. Czasem zwyczajnie kupujemy w księgarni coś do czytania, przeglądania, siadamy w kawiarni i każdy sięga po swoją lekturę. Uwierzcie mi, że rozmowa przychodzi szybko, mimochodem i bywa naprawdę głęboka, ciekawa lub poruszająca.

Wiem! teraz matki dwójki lub większej ilości dzieciaczków stukają się w czoło i myślą… wariatka, matka jedynaka, nie wie, co to znaczy mieć ich więcej. Owszem, nie wiem, ale znam matki, które od czasu do czasu zabierają jedno z dzieci (np. starsze) na takie wyjście i są wtedy tylko dla niego, tylko z nim 1:1, a to nieoceniona wartość i dla tego dziecka i dla rodzica.

No  a teraz do rzeczy… po co nam to w ogóle? Nie lepiej w domu, podczas układania klocków lub rozgrywki planszowej pogawędzić?

  1. Przestrzeń publiczna generuje masę ciekawych pytań i tematów. Dziecko ma czas, by obserwować zachowania ludzi wokół siebie. My dziś byliśmy świadkami sceny, gdy mały chłopiec uciekał mamie, ciągle płakał, a ona krzyczała. Oj było o czym gadać ;). Intrygujący był też pan z wielką mapą robiący notatki. Nie obyło się bez interakcji, bo mały B nie wytrzymał i zapytał pana, co on tam sprawdza na tej mapie i notuje. Swoją drogą nawet mnie to zaintrygowało, bo kto dziś korzysta z papierowych map! Pan był otwarty na konwersację i dzięki temu B dowiedział się trochę na temat granic województwa śląskiego ;).
  2. Powoli maluch obywa się z zasadami zachowania w miejscach publicznych. Nie jest lekko, bo mam 5 letni żywioł, który jak tylko siada na kawiarnianej kanapie, natychmiast chce ściągać buciki i wyczyniać akrobacje na oczach zdumionych ludzi. Pracujemy nad tymi zagrywkami i są efekty. No ale pomijając to, potrafi sobie dziecko podejść samo do lady, zamówić, co tam chce i zapłacić. Bariera wstydu w tym zakresie jest powoli przełamywana. Wie też, że w niektórych tego typu miejscach trzeba odnieść puste naczynia do specjalnego okienka, co też dzielnie czyni.
  3. Nie rozpraszają go inni domownicy i jego zabawki. Naprawdę inaczej się rozmawia poza domem. Inny poziom skupienia obserwuję, ale do końca nie rozumiem, z czego to wynika.
  4. Dziecko czuje się ważne i traktowane z uwagą, jak równorzędny partner. Czas razem to nie jest zabawa z doskoku między gotowaniem, a sprzątaniem. My dorośli mamy w domu masę rozpraszaczy. Co chwilę przypomina nam się 50 arcyważna rzecz i tak czasem nieświadomie potrafimy sprowadzić się do roli statysty podczas rzekomo wspólnego czasu. Kochanie jestem, ale odpisuję na ważny email, jestem, ale w międzyczasie wieszam pranie. Siedząc razem przy stoliku w kawiarni, twoja uwaga jest skierowana na dziecko.
  5. Mały człowiek uczy się, że dorośli też potrzebują chwili relaksu, odpoczynku, nicnierobienia. Kodują sobie, że to coś normalnego. Mama przegląda gazetę, je lody, pije kawę, rozmawia i nigdzie się nie spieszy- przynajmniej tak to wygląda, bo czasem na zegarek trzeba nerwowo zerkać w ukryciu ;). Umieć odpoczywać i nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia… bezcenne. Mamy z tym wielki problem i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.
  6. Dziecko uczy się dokonywać wyborów, wyrabia sobie gust i upodobania. W domu jest jeden smak lodów w zamrażalniku. To już mało ważny niuans, ale jednak dla kilkulatka bezstresowe dokonanie wyboru spośród wielu opcji, wbrew pozorom wcale nie jest łatwe.

          Na koniec dodam (zanim poleje się krew), że absolutnie szanuję prawo innych bywalców strefy publicznej do ich spokoju i komfortu. Gdybym nie widziała, że pan od mapy strzela porozumiewawcze uśmiechy do mojego syna i ewidentnie nawiązuje z nim kontakt wzrokowy, nie pozwoliłabym, by do niego podszedł i o coś pytał. Uważam też, że kawiarnia czy restauracja to nie plac zabaw ani miejsce dla dzieci, które przez cały posiłek płaczą, krzyczą, kopią lub zaczepiają innych. Nie raz zdarzało mi się w trybie natychmiastowym opuścić lokal, gdy młodszy wówczas B dokazywał i mógłby zakłócać czyjś spokój. To też lekcja dla malucha- nie starasz się dostosować do panujących zasad, musisz wyjść.

Rozumiem doskonale restauratorów, którzy otwierają lokale z zakazem wstępu dla gości poniżej określonego wieku. Rodzic ma wybór, może iść tam, gdzie dzieci są mile widziane i nie powinien strzelać fochów.

Nie ma co ukrywać… kilkulatek to specyficzny gość i nie będzie zachowywał się jak osoba dorosła.

Szanujmy i nasze dziecko i innych ludzi wokół.

PS. Dziś podczas zabawy książeczką z zadaniami padły nagle pytania o… Boga, Jezusa, ukrzyżowanie, wiarę, sens cierpienia. Czym prędzej odkładałam gazetę i zamykałam tą jego książeczkę, bo przy takiej rozmowie… najlepiej patrzeć sobie w oczy.

 

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *