Gdyby tak móc… Rodzicu, szkoła idealna nie istnieje!

W każdej dziedzinie życia, wiedzy, sportu czy czegokolwiek innego występują znamiona konfliktu tragicznego. Szybka powtórka ze starożytnego dramatu- konflikt tragiczny to konflikt dwóch równorzędnych racji bez możliwości rozwiązania. Tak źle i tak niedobrze. Tu stracisz i tu stracisz… tu coś zyskasz i tu.

Ostatnio często, chyba nawet zbyt często rozmyślam o idealnym systemie edukacji, snuję malownicze wizje szkolnych zajęć, gdzie uczniowie uczą się i doświadczają tego, co w życiu jest najważniejsze, co im się naprawdę przyda. Dobrze wiem, że ty rodzicu też snujesz takie wizje, ba… ty nawet wierzysz, że one są zmaterializowane w postaci idealnej placówki edukacyjnej dla twojego dziecka. No cóż mam ci powiedzieć…

Jestem nauczycielem i znam słabości szkoły jako instytucji. Całkowita indywidualizacja pracy z dzieckiem, której dziś oczekują zatroskani rodzice nowego pokolenia, nie jest w 100% możliwa, a nawet nie jest według mnie dla dziecka zbyt dobra. Szkoła jako instytucja (rzekłabym nawet odważnie- korporacja) ma określone procedury, normy, wewnętrzne regulaminy, a przede wszystkim podlega zewnętrznym mechanizmom kontroli i oceny pracy.

Dziś dyrektor placówki edukacyjnej musi doskonale zarządzać nie tylko zasobami ludzkimi, ale też pracować na wynik i prestiż placówki, walczyć o klienta, a zatem znać się na marketingu i prawach runku. Musi też pozyskiwać dodatkowe środki finansowania, tak więc myśleć jak przedsiębiorca. Takie kompetencje wymusza system.

Zapytacie- gdzie w tym wszystkim jednostkowe dobro ucznia? Spokojnie… instytucja dba o rozwój i bezpieczeństwo twojego dziecka. Są procedury reagowania w sytuacjach kryzysowych, systemy pomocy dydaktycznej i wychowawczej, jest wspierający pedagog, często też psycholog.

Czy zatem jest idealnie w dzisiejszej polskiej szkole? Oczywiście, że nie i nie odetchniesz pełną piersią, drogi rodzicu, dopóki będziesz tego ideału oczekiwał!

Absolutnie nie zgadzam się z ideą prowadzenia dzieci za rączkę, wyręczania, ułatwiania wszystkiego i rozwijania u stóp perskiego dywanu…żeby było mięciutko i milutko. Dobrze wiem, że rodzic chętnie by zawinął pociechę w folię bąbelkową i tak puścił do szkoły, żeby mu się jaka krzywda nie stała, żeby nikt nie szturchnął, nie obraził, nie zestresował. Sama jestem rodzicem i z troską myślę o tym, jak mój mały chłopczyk czuje się tam, gdzie mnie z nim nie ma. No ale musimy w te nasze dzieci wierzyć, bo kto jak nie my. Nie możemy też oczekiwać, że jakakolwiek instytucja będzie tak doskonała… jak „instytucja” mamy, taty, rodzeństwa, dziadków, rodziny.

Chyba tego nie potrafi zrozumieć i zaakceptować pokolenie dzisiejszych rodziców małych dzieci. Wpojono nam do głowy, że ma być bezstresowo, bezpiecznie, komfortowo, ale jednocześnie bardzo ambitnie.  Już na etapie przedszkola widzę niezrozumienie, przerażenie i poczucie krzywdy w oczach matek i ojców kilkulatków.

Wymagania wobec placówki są ogromne, często sprzeczne…. ten rodzic chce 80% czasu na świeżym powietrzu, tamten za priorytet uważa rozwój motoryki małej, a więc kreatywne zajęcia przy stoliczkach, kolejny oczekuje spektakularnych pokazów artystycznych, więc panie zmuszone są do wypełniania połowy czasu maluchów męczącymi próbami.

W szkole problemy się mnożą, bo pani za mało uwagi poświęca uczuciom dziecka, bo pani nie zauważyła, jak obdarł kolanko, bo pani śmie twierdzić, że maluch w szkole przejawia zachowania aspołeczne, a w domu to anioł przecież jest.

No tak…. tylko w domu często się odpuszcza, daje taryfę ulgową, dopieszcza, rozpieszcza i dmucha na kolankowe „ała”, żeby nie bolało. Dlaczego nie… kochajcie, rozpieszczajcie i całujcie, bo miłości i akceptacji dla dziecka nigdy dość, ale nie oczekujcie tego samego od… instytucji.

W moich idealistycznych rozmyślaniach przewijają się pewne motywy.

Ta szkoła wspiera, ale nie rozpieszcza i nie wyręcza. Uczeń jest podmiotem, ale nie przysłowiową „świętą krową na ulicach Indii”.  Rodzic z zasady nie walczy z placówką, tylko współuczestniczy w procesie. Nauczyciel zna i szanuje swoich uczniów, bo ma czas przede wszystkim dla nich, a nie dla papierów, tabel i sprawozdań.

W mojej idealnej szkole nie uczymy do egzaminów, testów, tylko pokazujemy praktyczny wymiar wiedzy z danego przedmiotu. Geograf zaszczepia pasję podróżowania… opowiada i pokazuje fascynujące miejsca, zjawiska, tłumaczy procesy geologiczne, ale nie musi wbijać uczniom do głów stolic wszystkich państwa świata. Biolog pokazuje mikro i makro świat, tłumaczy to, co dzieci widzą wokół siebie, wśród czego żyją i uwrażliwia na to, by tego świata nie  niszczyć. Niech to dziecko rozumie, dlaczego ma taką grupę krwi, a nie inną i dlaczego po ukąszeniu owada jego skóra się zaczerwienia i swędzi, ale czy musi znać cykl życiowy pantofelka? Polonista niech zaszczepia pasję do literatury, pokazuje wartość czytania i rozumienia czytanego tekstu, niech uczy logicznego wnioskowania i poprawności w mowie i piśmie. Ach gdyby tak móc nie wtłaczać dzieciom do głowy… rozbioru zdania, wykresów, nazw i klasyfikacji okoliczników.

Każda dziedzina wiedzy mogłaby być fascynująca, mogłaby porywać i śnić się po nocach. Nie jako koszmar, ale tak, byśmy nie chcieli się obudzić.

Gdyby tak móc…

Niestety dzieci pytają- po co mi to? My musimy zgodnie z prawdą odpowiadać- bo to jest w podstawie programowej, bo to może być na egzaminie. Smutne to, ale taka jest rzeczywistość, taki jest system edukacji.

 

Reformy, reformy, reformy… kolejni ministrowie zmieniają strukturę szkół, niektórzy chcą wpływać na wygląd uczniów (obligatoryjny, jednolity strój), zmieniają lektury, przebudowują strukturę podstaw programowych, wprowadzają obowiązkową pracę metodą projektu itd. itp.

 

A ja mam w głowie jedną myśl… gdyby tak móc…

 

Póki co, idealne wizje kotłują się w naszych głowach i wielu z nas stara się, by trochę z tego przenieść na realny grunt. Pomiędzy sztywnymi i nie zawsze potrzebnymi do czegokolwiek treściami z podstawy programowej przemycamy prawdziwe emocje i uświadamiamy możliwości praktycznego zastosowanie wtłaczanej wiedzy.

Ty rodzicu nie wymagaj od nas tego, na co nie mamy wpływu. Jesteśmy urzędnikami publicznymi w naprawdę niedoskonałej instytucji, jaką jest polska szkoła.

Czasem w pędzie i natłoku spraw przeoczymy coś ważnego, coś, co tobie nie umknie… bo ty jesteś matką, ojcem. Najważniejszą osobą w życiu twojego dziecka.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *