Magia olewania… płynie w moich żyłach, a w twoich nie?

            Zalewa nas fala pozycji wydawniczych, które nakazują- uporządkuj swoje życie, naucz się odpoczywać, patrz w niebo, bądź uważny, posprzątaj w szafie i relacjach międzyludzkich. Oj, byłoby tego jeszcze wiele. Na urodziny zostałam obdarowana przez kochane koleżanki bonem do Empiku… wybrałam kilka książek i o dziwo pośród nich znalazła się właśnie taka nowość, bardzo na fali, modna i doceniana „Magia olewania” Sarah Knight. Stwierdziłam, że co jak co, ale przydałoby się popracować nad umiejętnością odpuszczania sobie wielu rzeczy i nie zamartwiania się tym, na co nie mam większego wpływu.

Po tę pozycję sięgnęłam w ostatniej kolejności, bo jakoś tak mentalnie mi z nią najbardziej nie po drodze- to nie literatura piękna, tylko jakaś taka poradnikowa, coachingowa książka.

Tak czytam, czytam i wiecie co? Fajnie, że po nią sięgnęłam, dowiedziałam się, że wcale nie jest mi potrzebna! Dowiedziałam się też, że ogromna część społeczeństwa ma problem z rzeczami, które mnie przychodziły naturalnie, tak same z siebie.

Olewanie pewnych spraw leży w mojej naturze, skupianie uwagi na tym, co przyjemne, też. Unikanie sytuacji i osób toksycznych… tu lekki trening by się przydał, ale nie ma tragedii. 😉

Cieszy mnie też fakt, że to, co uważałam w sobie za jakiś niezdrowy hedonizm, jest teraz pożądaną postawą i nazywa się- zdrowy egoizm, umiejętność skupiania się na tym, co lubimy, asertywność, czy tak bajkowo właśnie… magia olewania.

            Nie myśl sobie, że to takie łatwe i ze wszech miar akceptowane. Takim przykładem jest dla mnie wspomnienie przygotowań do mojego i P ślubu.

Nie lubię wielkiej celebry czegokolwiek i tu z przyszłym mężem byliśmy zgodni- nie będzie wesela. W ramach kompromisu z rodziną odbyło się przyjęcie dla najbliższych krewnych oraz przyjaciół. Nie było orkiestry, wielkiej sali balowej, kryształowych żyrandoli, limuzyny i czterech kreacji pani młodej. Mimo wszystko była dobra zabawa i zostały fajne wspomnienia z tego dnia. W kwestii organizacyjnej najwięcej zawdzięczam mojej teściowej, która zorganizowała noclegi dla mojej przyjezdnej rodziny, zadbała o wszelkie szczegóły i wiem, ile ją to czasu i energii kosztowało- pamiętam, jestem wdzięczna i zawsze będę.

A do stroju wracając… chciałam, by było tak, jak mi się wydawało, że powinno być- suknia szyta na miarę za ciężkie pieniądze z włoskich koronek i innych cudnych tkanin, długi welon i piękne dodatki. Bez większego entuzjazmu poszłam do salonu sukien ślubnych, wyjaśniłam, dałam się zmierzyć chyba w każdym miejscu mojego ciała, zamówiłam i z ulgą wyszłam. Potem było już tylko gorzej. Nie było tygodnia, by z tego salonu nie dzwonili- a to fason muszą lekko zmodyfikować, a to koronka będzie jednak z Hiszpanii a nie z Włoch- bagatela sukienka zdrożeje o 400zł, a to perełki na gorsecie muszą mieć inny odcień. Po którymś telefonie usiadłam i się rozryczałam… miałam już dość tej sukni i tego wszystkiego, miałam dość wybierania koloru kwiatków na torcie i zastanawianiu się nad fasonem butów. Chciałam, żeby dzień mojego ślubu kojarzył mi się z fajnymi przeżyciami i emocjami, a ja już tej kiecki nienawidziłam. Pojechałam tam i wycofałam zamówienie, zaliczki oczywiście mi nie oddali, ale to rozumiałam, już pewne środki na to poszły. Panie w salonie były przerażone, że ja mam ślub za 1,5 miesiąca i robię coś takiego. A ja wyszłam i poczułam się lekka jak piórko. Olałam sprawę tej kiecki i było mi z tym dobrze.

Tydzień później pojechałam do rodziców i wyszłam na zakupy- mamie powiedziałam, że idę tak sobie połazić po rodzinnym mieście. Na pełnym luzie weszłam do komisu sukien ślubnych- tam, gdzie ponoć chodzą tylko biedne i zdesperowany przyszłe panny młode i pani otworzyła przede mną drzwi do raju- wisiały całe rzędy sukien w różnych fasonach, odcieniach i rozmiarach. Poszło gładko, bo gabaryty mam dość standardowe. Po 30 minutach miałam w torbie cudną sukienkę- perełki, koronki, welon, dodatki. W drodze do domu wstąpiłam do salonu obuwniczego (nie ślubnego) i kupiłam śliczne pantofelki, które idealnie do wszystkiego pasowały.

Po godzinie wróciłam do mieszkania rodziców z dwoma torbami- sukienka i buty. Wyjęłam, pokazałam i widziałam w oczach mamy przerażenie- sukienka, którą ktoś już na sobie miał? Może to źle wróży? Może to tak nie wypada? Może będę miała przez to traumę do końca życia albo moje małżeństwo rozpadnie się po roku? 😉

Powiedziałam- luzik, to kiecka na jeden wieczór, a przynajmniej nie zrujnowała budżetu, kosztowała 1/5 ceny tej, którą szyto mi na miarę.

Tata ją na mnie obejrzał i stwierdził, że trzeba coś tam przerobić, dopasować i będzie idealnie się układać. Mama znów w panice- że jeszcze coś zaciągnie, a to delikatna tkanina, że całkiem bez sukienki zostanę. Na to ja- luzik, tam wisiały jeszcze cztery inne, które mi się podobały i były dobre. Jak ojciec zaszaleje i zepsuje- żadna strata, kupię kolejną. ;P

Nigdy nie żałowałam, że olałam temat szytej na miarę sukni jak z bajki. Miałam zdrowe nerwy i świetnie się w tej komisowej czułam i bawiłam. Komplementów nasłuchałam się wiele, zatem musiało być ok. 😉

Dla większości moich koleżanek do dziś ta historia jest nie do pojęcia- no bo jak tak można?

Takich sytuacji było w moim życiu sporo. Wszelkie święta, wakacyjne wyjazdy i inne nietypowe okoliczności traktuję z lekką olewką i nie zażynam się dla idei.

My ludzie chyba za często zapędzamy się w wir powinności, jesteśmy bardziej zapatrzeni w zasady i w to, co ludzie powiedzą, niż we własne potrzeby. Jeśli ty tak masz, to polecam ci książkę Sarah Knight „Magia olewania”.

                   

Nie musisz mieć życia skrojonego na miarę oczekiwań otoczenia, rodziny, znajomych, to twoje życie i tobie ma być w nim wygodnie.

Kiedyś usłyszałam od koleżanki, że jestem złą żoną, bo mój mąż sam prasuje sobie koszulę, zanim wyjdzie do pracy. Gdy go zapytałam, co o tym sądzi, popatrzył na mnie zdziwiony, że w ogóle takie pytanie zadaję. Prasuje i już, nie jest przez to mniej męski. 😉

Hmmm, skoro ten fakt przeszkadza tylko mojej koleżance i stanowi dla niej problem, no to ona musi sobie z tym poradzić. Nie my.

Dobrym drogowskazem jest zadanie sobie pytania- co zapamiętujemy na całe życie? Zapamiętujemy, a nie oglądamy w albumach i katalogach setek zdjęć. Otóż to. Pamiętamy, co w danym momencie czuliśmy, jak się czuliśmy w konkretnej sytuacji. Zapis emocji jest niesamowicie trwały, jeśli nie siedzi w naszej świadomości, to wyłazi z podświadomości w najmniej oczekiwanym momencie.

Czasem warto pewne sprawy delikatnie… olać, dla własnego dobra.

Powodzenia. 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *