Tak bardzo było u nas inaczej, teraz jest już tak samo!

               Dziś tekst inspirowany wspomnieniami sprzed 17 lat. Polska w 2000 roku! Jak myślisz, wiele od tamtego czasu się zmieniło? Z pozoru niewiele. Przecież żyliśmy już w całkiem niezłym kapitalizmie, bujaliśmy się po Europie i świecie. Sąsiadka spod 5 miała swój sklepik z bielizną, a pan Mietek miał warzywniak na okolicznym ryneczku. Nasi studenci dumnie zasilali zagraniczne uniwersytety, a naukowcy odnosili globalne sukcesy. Mało tego… mieliśmy już u siebie Mc. Donalds i masę kolorowych towarów w sklepach. My z P byliśmy wtedy beztroskimi studentami Uniwersytetu Śląskiego i korzystając z faktu, że siostra moja mieszkała w Chicago, wyruszyliśmy zobaczyć tą upragnioną jeszcze wtedy przez wszystkich Amerykę.

Pomimo całkiem już zachodnich nastrojów w Polsce, czuliśmy nutkę ekscytacji, w końcu lecieliśmy tam, gdzie pan Kukiz „kupił sobie dżiny, buty, czapkę i pas”.

Spokojnie… wpis nie będzie kroniką z dawnej podróży, kogo obchodzą nasze studenckie losy, ekscesy i przeżycia. 😉

Dziś siedziałam z synem w Starbucs Coffe i dopadła mnie świadomość, że otacza mnie niebywały hałas. Ludzie nie rozmawiają cicho, tylko drą się i przekrzykują, pani woła klientów po imieniu, by odebrali zamówienie. Ok. 80 letni staruszek wolnym krokiem zmierza po kawę, gdyż usłyszał „Stefanie, zapraszam po odbiór Latte”. Yhm, gdzieżby tam… panie Stefanie, niech będzie po amerykańsku. 😉 Gdy 17 lat temu wylądowałam z P i siostrą w jednej z chicagowskich kawiarni, miałam poczucie, że jestem tam po nic, bo nawet nie da się przy tym stoliku spokojnie porozmawiać. Wokół panował gwar, ludzie krzyczeli jeden przez drugiego, ktoś coś wołał, zamawiał głośno itd. Oboje byliśmy zdumieni, ale A zapewniła nas, że to normalne, tak po prostu jest.

W Polsce kawiarnia, restauracja to było miejsce, gdzie ludzie dyskretnie toczyli rozmowy, w tle słychać było jakąś melodię, w niektórych miejscach ktoś cichutko grał na pianinie. Tak po prostu było. Dziś mamy amerykański gwar i też jest ok, nie wiem tylko, czy pan Stefan czuje się komfortowo. 😉

Ja nie wiem, kiedy to się zmieniło, nie wiem też, czy nagle czy stopniowo… dopiero dziś to zauważyłam.

Co jeszcze było wtedy takie nowe, a dziś jest u nas powszechne, a w niektórych przypadkach nawet natrętne?

  1. Place zabaw i sale zabaw dla dzieci. Proszone urodziny z animatorem w miejscach typu Mc. Donalds, kino itd. Mój stosunek do tych „imprez” niektórzy z was już znają. Pisałam o tym całkiem niedawno. Przyszło, jest, odbywa się szumnie i tłumnie, a my rodzice dzielnie zagryzamy zęby i przekładamy nerwowo banknoty w portfelu. 17 lat temu nie mieściło mi się w głowie, że można kilkuletniemu dziecku urządzić takie urodziny! Nie widziałam też tak wymyślnych tortów i tak rozmaitych ozdób dziecięcych przyjęć. Nasze dzieci zapraszały rówieśników do domu, a tort piekła mama lub wcale nie zapraszały i też żadna tragedia się nie działa… cukierek dla każdego w szkole wystarczył.
  2. Czyste i dobrze pomyślane parkingi wzdłuż tras. Tak… to było zjawiskowe. Wydzielony, ogólnodostępny teren z ławeczkami, stolikami, koszami na śmieci. Krzyczysz, że u nas w 2000 roku było to samo? Tak ci się tylko wydaje, bo dziś tak jest. Dziś są też przewijaki w toaletach na stacjach benzynowych i udogodnienia dla niepełnosprawnych. Dziś są sałatki, ciepłe hot- dogi i automaty z ciepłymi napojami, kilkanaście lat temu tego nie było! Ja stale jeździłam… do Białegostoku, na pojezierze mazurskie i kanapki zrobione przez mamę jedliśmy na krawężniku obok niewielkiej stacji paliwowej lub raczyliśmy się pseudofrytkami smażonymi na tygodniowym oleju w niewielkiej, obskurnej knajpce, gdzie toalety nie było wcale lub była w takim stanie, że człowiek wolał odjechać kilkanaście metrów i pójść w głęboki las.
  3. Wszechobecne w domach i mieszkaniach… meble z Ikea. Tak, ja wiem, że to szwedzka firma, ale u nas 17 lat temu żadne znane mi dziecko nie miało w pokoju słynnych kolorowych, wysuwanych pojemników na zabawki. Nikt z moich znajomych nie miał taniej, popularnej białej kanapy ze ściąganym pokrowcem na zamek błyskawiczny ani wygodnego ikeowskiego fotela z giętego drewna, który radośnie ugina się pod ciężarem ciała. Nie było! Nie mam też pojęcia, czy była już w Polsce Ikea i nie chce mi się tego sprawdzać, ale dziś meble i akcesoria szwedzkiego koncernu są wszechobecne. Często są najtańszą i najbardziej dostępną dla młodych ludzi alternatywą.
  4. Powszechne, popularne odzieżowe sieciówki. Kolejna rzecz, której istnienia w Polsce 17 lat temu nie chce mi się googlować i za cholerę nie pamiętam, czy te sieciowe sklepy z ciuchami już były i jakie były. W każdym razie, ja się w nich nie ubierałam. Ubrania nabywałam w małych sklepikach, butikach lub na targu. W USA odkryłam magiczny świat wielkich salonów odzieżowych, gdzie wiszą niezliczone rzędy ubrań posegregowanych kolorami i rozmiarami. Nie mogłam ich nabyć zbyt wiele, właściwie przywiozłam tylko te, które kupiła lub podarowała mi siostra, bo ja nie miałam pieniędzy na takie rzeczy, a ceny przeliczone z dolarów na nasze… nie zachęcały, wręcz przerażały. Jak jest dziś, doskonale wiecie. Ubrania z sieciówek są normą i często najtańszą opcją cenową. Zarówno w kwestii jakości jak i kwoty, którą trzeba za nie zapłacić, zrównały się z tym, co jest na targach i bazarach. Dziś nikt nie nazywa ubrań z H&M czy Zary markową odzieżą, to po prostu ubrania, a logo sieciówek na nikim nie robi wrażenia.
  5. Masa przetworzonej żywności i półproduktów. Wyprawa do marketu spożywczego w Chicago była dla mnie egzotycznym przeżyciem. Przesadzam tak? Przecież były u nas lodówki pełne mrożonych pierogów i marchewki z groszkiem. Ba, były nawet słoiczki z przecierami dla niemowląt. No pewnie, że były. Tylko te 17 lat temu nasze oczy nie widziały dziesiątek rodzajów pakowanych hermetycznie gotowych obiadów, które wystarczy włożyć do kuchenki mikrofalowej na 4 minuty. Pik pik… i wyskakuje ryż z łososiem i warzywami, niczym królik z kapelusza magika. Nie było tylu rodzajów saszetek z miksem jogurtów i owoców, nie było mieszanek sałat z różnych stron świata i hermetycznie pakowanych kolb kukurydzy. Teraz mamy wszystko… no może poza plastikowymi pudełeczkami z umytymi i i odciętymi od pęczka rzodkiewkami, przynajmniej ja ich jeszcze nie spotkałam. Marchewki umyte i w mini porcjach zapakowane w foliowe woreczki już są. 😉 Co do żywności i jej wpływu na organizm człowieka… wielki szok przeżyłam, że 5 letni Brian ma nogi pokryte dość długimi, gęstymi blond włosami. A uświadomiła mi, że wszystkie dzieci mają owłosione nóżki i jest to wynikiem wszechobecnego pakowania w mięso hormonów. Hmmm no tak… te kurczaki na farmach rosną jak szalone, a chicken nugets to podstawowy punkt menu każdego kilkulatka.  Biegnę obejrzeć nogi małego B… są nieliczne, liche włoski. Czyli już coś kiełkuje na kształt i podobieństwo tego amerykańskiego szaleństwa. 😉

Oj wymieniać mogłabym i do rana. Oczywiście wrażenie robiły na mnie drapacze chmur. My mieliśmy swoje dumnie prężące się do nieba kilkunasto i kilkudziesięciopiętrowce- siedziby firm i hotele w największych miastach Polski. Oni mieli 70 piętrowe budynki mieszkalne, gdzie na dachu były baseny, a na dole przystań dla prywatnych jachtów i motorówek. Zamknięte osiedla… wtedy dla mnie dziwactwo, dziś w Polsce chleb powszedni.

               Jednak Polska jeszcze kilkanaście lat temu była zupełnie inna, niż dzisiaj. Nie gorsza, nie lepsza… inna. Ta Ameryka jeszcze robiła na nas wrażenie… nawet na poziomie sklepu spożywczego.

Kilka lat temu, gdy odwiedziłam A w Kanadzie, nie widziałam różnic. Nie zauważyłam niczego, czego by u nas nie było- no może poza dwupoziomowym, gigantycznym salonem butów marki CROCS. 😉

Jesteśmy tak bardzo wtopieni w cywilizację zachodu… możliwościami, stylem życia, poziomem konsumpcjonizmu. Szybko się to zmieniło, wręcz niezauważalnie.

Ech, takie refleksje mnie dopadły… a wszystko przez zadumanie moje w Starbucks. 😉

Ps. Na starej fotce… 17 lat młodsza ja.

4 komentarze

  1. Szkoda tylko że płace się nie zmieniły. Przynajmniej w małych miastach i na prowincji. Ech pojedź na pgr tam czas stanął w miejscu…

    1. Myślisz, że różnice ekonomiczne i co za tym idzie, dotyczące codziennej egzystencji są aż tak głębokie w zależności od regionu Polski? Ja chyba sobie nie do końca zdaję z tego sprawę.

  2. Ja zmiane najbardziej odczuwam myśląc o elektronice. Kiedyś szło się do sąsiada tak po prostu. Był albo nie. Teraz to nie do pomyślenia, trzeba zadzownić lub chociaż wyslać smsa. Pamietam jeszcze czasy, kiedy dziadek był sołtysem, a więc mieliśmy jedyny we wsi telefon i wszyscy przychodzili zadzownić. Później pod sklepem pojawił się automat – kupowaliśmy karty na impulsy i dzowniliśmy do ludzi z głupimi kawałami. Pierwsze komórki, komputery, laptopy… Niestety teraz niewielki odsetek dzieci wie jeszcze, co znaczt grać w gumę, klasy, bawić się w chowanego czy chociażby podchody… Świat szaleje…. Ale… w sobotę wróciłam z Podlasia. Tam czas płynie wolniej, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że w pwenym momencie się zatrzymał. Zapewne wynika to z faktu, że jest to typowo rolniczy region, bezrobocie duże, a więc życie raczej skromne. W dodatku młodzi pouciekali, powyjeżdzali do dużych miast i za granicę, więc nie ma komu ściągać nowinek na wieś. Ja osobiście w wielu kwestiach tęsknię za tamtymi czasami, za życiem nie wirtualnym 🙂

    1. Bo było spokojniej, ale tamto już nie wróci. Dokonała się rewolucja informacyjna, która jest takim krokiem milowym dla ludzkości, jak przejście z koczowniczego trybu życia do osiadłego. Jesteśmy już innymi ludźmi żyjącymi w innym świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *