Nie muszę Ci się tłumaczyć, dlaczego moje dziecko boi się Twojego psa!

               Właśnie tak jak stoi w tytule… nie muszę, nie chcę i nie będę. Nie mam nic do zwierząt ani ich właścicieli, nie przeszkadzają mi psy biegające po parku, ani koty sąsiadów, które odwiedzają naszą posesję. Nigdy nie wpajałam dziecku lęku przed zwierzętami… wpoił się sam, niestety, z powodu incydentu, gdy dziecko miało dwa lata. Nie skutkują rozmowy, czytanie książek ani głaskanie piesków znajomych i nie mam zamiaru robić z tego tragedii. Mały chłopiec sam z czasem zapomni, że kiedyś coś się zdarzyło, wyrośnie z tego strachu, a nawet jeśli nie, to życia mu to nie przekreśla.

O co się w takim razie czepiam? Już spieszę wyjaśnić.

Wczoraj po południu urządziliśmy sobie z małym B piknik w pobliskim parku. Nic specjalnego- koc, trochę smakołyków, gry karciane, piłka, czytanie książek. Dla mojego syna piknik jest wtedy, gdy siedzi się na kocu, ale nie pod własnym domem, tylko gdzieś w przestrzeni publicznej. Piknik jest wtedy, gdy tacha się wielki koszyk z różnościami i niesie koc pod pachą. Dla mnie idealny byłby jakiś leśny zagajnik, ale fobia mieszczucha mi na to nie pozwala- kleszcze, komary, wilki, żmije i potencjalni psychopatyczni zabójcy… las jest dla mnie tylko opcją, gdy jestem w ruchu i najlepiej z P u boku. 😉

Zatem mały miejski park, stawik, pola, drzewka, nisko skoszona trawa.

Idealnie? Miło? Spokojnie? Taki był plan, a wyszło zupełnie inaczej.

Zaczęło się od wizyty na kocu dodatkowego gościa- warczącego, przestraszonego psa, którego zwabił zapewne zapach rogalików. Nie widziałam nigdzie właściciela, pies miał obrożę i zachowywał się dość agresywnie. Pewnie odszedłby po skonsumowaniu maślanego słodycza, gdyby nie zachowanie B- płacz, pisk i wdrapywanie się na mamę. Pies widział strach dziecka i poczuł siłę. Zauważyłam, że na ławce nieopodal ktoś śpi, wzięłam syna na ręce i poszłam z nim w kierunku ławki, a pies cały czas doskakiwał do moich nóg, warczał i szczekał. Obudziłam jego właściciela, jak się okazało. Na oko dwudziestokilkuletni chłopak, na oko skacowany lub pod wpływem jeszcze, na oko mocno zirytowany faktem, że mu przerwałam drzemkę. Złapał psa, zapiął na smycz i przeprosił za całą sytuację. Odeszliśmy. Niestety ów pan i jego pupil postanowili do nas podejść i zupełnie niepotrzebnie zacząć wywody na temat tego, jak to strach potęguje u zwierząt agresję i jakie to głupie, że dziecko się rozpłakało. Cholera- mama ochotę napisać inaczej, to co ja miałam młodego walnąć w głowę, żeby stracił przytomność i nie okazywał strachu? Czy może zrobić mu szybką, pięciosekundową terapię? No ale podchmielony psycholog amator już siedział na skraju naszego koca i sypał mądrościami jak z rękawa. Fuck, pozbyłam się warczącego psa, dostałam psa na smyczy i upierdliwego właściciela.

P mi zawsze mówi, że jest jedno słuszne słowo na „s” w takiej sytuacji, ale ja nie umiem tego jakoś zastosować, więc tylko poprosiłam, żeby już poszedł, bo chcemy z synem pograć w karty.

Chwila spokoju i kolejna akcja z innym pupilem, a za jakieś 40 minut pan filozof z piwem w dłoni i całą siatką kolejnych trunków. Usadowił się kawałek od nas, pod innym drzewkiem, ale miał silną potrzebę posiadania publiczności, a najlepiej rozmówców. Wtedy słowo na „s” wręcz piekło mnie w koniec języka, byłam zirytowana do granic możliwości. Zachowałam spokój i starałam się całkowicie intruza ignorować, niech B ma cos fajnego z tego popołudnia, a nie ciągle wściekającą się na kogoś matkę.

Nie było źle, ale miało być inaczej. Chyba jednak wybieram opcję kleszczowo- komarową niż warcząco- szczekająco- marudzącą z oparami procentów w tle.

Może to tylko taki pechowy dzień był, oby!

               Szanujmy się nawzajem i zwracajmy uwagę na to, czy nasz pupil nie uprzykrza komuś życia. Ja mam małe dziecko i zawsze reaguję, gdy do kogoś podchodzi, coś mówi, komuś przeszkadza. Nie pozwalam by zakłócało spokój czyjegoś posiłku czy przerywało rozmowy. Ta sama zasada dotyczy zwierząt. To ,że dla ciebie piesek jest słodki i kochany, nie oznacza, że ja go chcę mieć na swoim kocu i z pyszczkiem w swoim podwieczorku. Pilnujcie, uważajcie i nie oburzajcie się różnymi reakcjami otoczenia.

A to, dlaczego mój syn boi się psów, to moja sprawa, nie twoja.

No i kropka!

Ps. Podchmielonych intruzów nawet nie winię jakoś bardzo, zalali robaka i nie panują nad zasadami społecznego współżycia. Każdy park ma zapewne swojego badacza zagadnień filozoficznych z dzwoniącymi butelkami w plastikowej siatce. Tak to już jest.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *