„Obłęd zdrowego odżywiania”

               Tytuł tekstu to najkrótsza definicja całkiem nowej jednostki chorobowej, zwanej ORTOREKSJĄ. Słyszeliście już o takim schorzeniu? Problem oczywiście tkwi w głowie, podobnie jak w przypadku wszelkich innych zaburzeń odżywiania z popularną ANOREKSJĄ włącznie.

Pora powiedzieć to raz, a porządnie- totalnie nam odwaliło w kwestii tego, co, jak i kiedy jemy!

Sama taka niewinna w tej kwestii nie jestem, ale to, co mnie przeraża najbardziej w każdej dziedzinie życia (jeśli mnie czytasz, dobrze o tym wiesz), to popadanie w skrajności. Równia pochyła do fanatyzmu, zaburzeń w relacjach społecznych itd. W moim odczuciu, jeśli robi się skrajnie, to robi się niebezpiecznie.  

Świadomość żywienia jest dziś nieporównywalnie wyższa, niż kilkadziesiąt lat temu. Przecież wszyscy mamy łatwy i nieograniczony dostęp do źródeł wiedzy o spożywanych produktach, wartościach odżywczych, niezliczonej ilości diet i przepisów kulinarnych. W telefonach mamy aplikacje, dzięki którym skanujemy kod produktu w sklepie i już wszystko o nim wiemy. Inne aplikacje ustawiają nam jadłospis i powiadamiają dźwiękiem, że w danym momencie możemy zjeść tyle i tyle kalorii.

Nie przeraża cię fakt, że niemal całe nasze życie oddaliśmy we władanie mobilnym apkom? Niedługo smartfon będzie nam wybierał przyjaciół i mówił, o której godzinie mamy się wysrać. A może już tak jest, tylko ja i ty jeszcze o tym nie wiemy?

Wracając do tematu, nie przeraża mnie fakt, że mamy wyższą świadomość, wiemy, jak działają na organizm określone produkty i zwracamy uwagę na to, jak się odżywiamy, ten fakt mnie cieszy. Sama czytam etykiety i z rozwagą robię zakupy w sklepach spożywczych. Staram się ( z naciskiem na staram) przestrzegać głównych zasad racjonalnego żywienia i dbam o to, by moja rodzina jadła zdrowo. Całkowicie uspokaja mnie fakt, że nie grozi mi żadna skrajność w tym zakresie. Nie stanę się nagle szaloną ortorektyczką, ale też nie będę wojującą orędowniczką codziennego spożywania mięsa i smalcu. Metoda równowagi i złotego środka znów pokazuje mi, że mam horacjańską duszę. 🙂

Co mam zatem na myśli, pisząc, że nam odwaliło? Hmmm, zauważam zachowania, które dla mnie ocierają się już patologię. Poniżej kilka z nich i jestem pewna, że ty też się z tym bezpośrednio zetknąłeś czytelniku.

  1. Jem tylko to, co sam przygotuję. Ja sam! Niektórzy są w stanie przyjść do znajomych na kolację z pudełkiem jedzenia dla siebie. Tylko to daje im pewność, że dokładnie wiedzą, co jedzą. Do tego zaserwowana przez znajomych porcja mogłaby zawierać niewłaściwy bilans składników odżywczych i za dużo kalorii. Ok, tylko to naprawdę nie jest miłe dla gospodarzy. To już lepiej z całej kolacji nałóż na talerz tylko sałatę i jednego ziemniaka. Nie wyciągaj tego swojego pudełka z jedzeniem! Nie ma też mowy o jedzeniu w restauracji czy barze. To już zbrodnia na żołądku!
  2. Narzucam innym swój sposób odżywiania. Nie obejdzie się bez długich wykładów o morderczej szkodliwości glutenu i laktozy. Nie uda się też uniknąć komentarzy na temat tego, co i kiedy my jemy. Czy każda niepaląca osoba strzela godzinny wykład każdemu znajomemu, który nałogowo pali papierosy? On wie, że zatruwa swój organizm, tak jak ten, który pije rano kawę na pusty żołądek i nie je śniadania, wie, że funduje sobie wrzody. Ta pani, która leży na słońcu godzinę posmarowana przyspieszaczem opalania bez filtra UV też wie, że zwiększa ryzyko nowotworu skóry. Uwierz mi pani X i panie Y, ja wiem, że czerwone mięso podnosi ciśnienie krwi i cholesterol, a biała mąka to bezwartościowy, kaloryczny zapychacz… nie musisz mi tego mówić za każdym razem, jak jem kaszankę z grilla albo kupuję pączka w cukierni. Każdy z nas dokonuje wyboru, co je i co sobie funduje.
  3. Panicznie boję się określonych składników spożywczych. Ja wiem, co to znaczy paniczny, nieuzasadniony lęk… ogarnia mnie za każdym razem, jak startuje rozpędzony samolot ze mną na pokładzie. Momentalnie wnętrze dłoni mam mokre od potu, a oddech płytki i przyspieszony. Tak samo boję się silnego wiatru i robaków. No może nie aż tak, jak tego latania, ale jednak potrafię w sekundę rozebrać się do naga, a ubrania wyrzucić na balkon, bo jakiś wielki pająk mi spadł na ramię, ja go strąciłam i gdzieś mi tam wpadł, aaaaaa okropne. Rozumiem, że fobia to cos strasznego i widzę, że coraz więcej osób ma fobię na punkcie cukru, glutenu, soli, tłuszczu zwierzęcego, laktozy itd.  Niektórzy potrafią sprowokować wymioty, gdyż są przekonani, że nawet śladowa ilość czegoś, czego nie jedzą, może wyrządzić im wielką krzywdę, nawet zabić. U wielu osób lista zakazanych składników jest tak długa, że niewiele tak naprawdę im zostaje, a oni wyrzucają kolejne, bo coś przeczytali, czegoś strasznego się dowiedzieli jednak o tym oleju kokosowym, który miał być taki zdrowy i bezpieczny.
  4. Obrzucam otoczenie moim jedzeniem! Nie dosłownie na szczęście, ale zdjęciami, opisami, filmikami itd. Niektórzy są tak dumni ze swoich śniadań, koktajli, zdrowych kolacji, że muszą je unieśmiertelnić w postaci sesji zdjęciowej koniecznie opublikowanej w sieci. Od czasu do czasu, czemu nie, ale żeby tak non stop? Hehehe nikt im nie zabroni, ale dla mnie osobiście to trochę śmieszne. Podkreślam- dla mnie!
  5. Planowanie i przygotowywanie posiłków zabiera mi czas, na cokolwiek innego. Zakupy trwają godzinami, bo każdy produkt trzeba kupić od innego, konkretnego dostawcy. Wszystko musi być idealnie świeże, zatem zakupy muszą być codziennie. Proces obróbki cieplnej produktów musi być w trybie slow, żeby żadne wartości się po drodze nie zgubiły. Pięknie, zdrowo, zacnie… tylko czy gotowanie i zakupy mają zabrać dziecku czas z mamą, mężowi czas z żoną, a żonie czas z kochankiem ;)?  Hahaha taki żarcik. 🙂 Chodzi o to, by nie popadać w paranoję. Niektórzy myślą i mówią tylko o jedzeniu zdrowych posiłków, inne tematy życiowe jakby nie istniały!
  6. Mam wszelkie możliwe alergie pokarmowe. Jest taka grupa osób, które nie tolerują glutenu, jak podkreślają specjaliści- wąska grupa. No ale jak ktoś wyklucza na długi czas gluten z diety, to organizm przestaje go tolerować i mamy do czynienia z tzw. nabytą nietolerancją. Podobnie rzecz się ma z laktozą zawartą w mleku, czego ja jestem znakomitym przykładem, choć mój kolega biolog twierdzi, że u mnie przyczyną nietolerancji laktozy są moje korzenie, pochodzenie, kwestie rasowe. Kij z tym, bo mleka nie lubię w smaku i nie jest mi potrzebne, nie uważam natomiast, że dodatek mleka w jakimś produkcie pozbawi mnie zdrowia i życia. Niestety są osoby, które wmawiają sobie alergię na niemal wszystko, co może być alergenne. Katują szefów kuchni o dokładną listę składników uczulających w daniu, odmawiają wielu leków, bo są tam składniki, które mogłyby ich nie uleczyć, a zabić. Sprawa robi się niebezpieczna, gdy fobię przenoszą na swoje małe dzieci. To nie jest normalne!

 

Ta Ortoreksja to poważna i straszna choroba. Opisane wyżej przykłady, to nie są jej symptomy, to nie jest post medyczny, tylko zapis moich spostrzeżeń. Myślę, że wrzucanie zdjęć śniadań na FB o chorobie nie świadczy, co najwyżej może wnerwiać otoczenie. 😉

Pamiętajmy, że to my rządzimy swoim życiem, nie jedzenie. Niektórzy z nas tak bardzo chcą mieć 100% kontrolę nad choćby jedną sferą swojego życia, tak bardzo chcą mieć pełną władzę nad tym, co jedzą, że popadają w chorobę na tym punkcie. W efekcie to nie oni mają nad tym kontrolę, tylko to ma kontrolę nad nimi i to jest przerażające.

Ps. Właśnie zajadam pachnącego, malinowego pomidora z ziołami. Zdrowo, ale… o 23.00?

Życzcie mi smacznego :).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *