Ja kontra miasto legenda.

               Są osoby nijakie, mdłe, nie budzące żadnych większych emocji, ale są też takie, które się albo uwielbia, albo się je z trudnością toleruje w swoim otoczeniu. Ja je nazywam- osoby bardzo jakieś :). Jedni je kochają, inni nie znoszą, ale na pewno nie są nikomu obojętne. Bywają przedmiotem rozmów i sporów. Identycznie rzecz się ma z niektórymi miejscami na mapie Polski i świata.

Kiedy P wyskoczył jak Filip z konopi, że w długi weekend sierpniowy chciałby pojechać do Wenecji, myślałam, że źle się czuje albo może zapomniał, z kim się ożenił, sama nie wiem, hmmm no chyba, że on nie ze mną planuje ten wyjazd ;). Ciężko znoszę tłum, miejsca, gdzie turysta siedzi na głowie drugiemu, czuję ogromny stres i wręcz fizycznie źle się czuję. Kilka razy w życiu porwałam się na obejrzenie popularnych turystycznie miejsc i z różnym skutkiem się to kończyło.

Wenecja kojarzyła mi się z zatłoczonymi tramwajami wodnymi, kiczowatymi gondolami, gdzie pary ślubują sobie miłość aż po grób i z pościgami w wykonaniu Jamesa Bonda. Do tego oblegane przez turystów z całego świata place, liczne kościoły i pomniki. Jak sobie w głowie dodałam do tego niemiłosierny sierpniowy upał i jęczącego, znudzonego wielogodzinnym łażeniem pięciolatka, to wyszedł mi obrazek z piekła rodem.

Potem przypomniałam sobie nasze spacery w Rzymie, co prawda nie latem i nie z dzieckiem, ale było naprawdę fajnie. Wystarczyło przestawić sobie pstryczek w głowie i zmienić sposób poznawania miasta. Zobaczyć je od kuchni, unikać głównych ulic i zbiorowisk ludzkich. Wiadomo, że pewne miejsca na mapie miasta są obowiązkowe (albo i nie), ale nie ma koniczności całodniowego przebywania wśród rzeszy turystów. To mi obiecał P i jeszcze nocleg nad jeziorem Bled po drodze, zatem ja podjęłam wyzwanie skonfrontowania się z miastem- legendą. Jedni znajomi przekonywali mnie, że umrę z zachwytu, inni ostrzegali, że wrócę zdegustowana tłokiem, smrodem i wieloma innymi niedogodnościami.

Kim jesteś Wenecjo, myślałam w duchu, skoro aż tak skrajne emocje budzisz? Rzucisz na mnie swój czar, czy zniechęcisz na zawsze?

Wniosek nr 1- jaki szaleniec wymyślił takie coś? Jak można zbudować miasto na tylu wyspach, posiekane kanałami, gdzie budynki stoją na wysokich palach, a do najbliższej apteki trzeba płynąć lub przejść kilkanaście mostów? Jak można co rano wychodzić z domu, pokonywać trzy schodki i wskakiwać do prywatnej łodzi, bo przed domem nie ma podjazdu, ogrodu, garażu na auto itd. Szaleństwo!

Wniosek nr 2- Wenecja to koronkowe miasto. Ilość misternych zdobień i okuć… nawet najuboższych domów i okien jest powalająca. Wąskie uliczki, setki starych kamienic, zakratowane malutkie okienka, dziesiątki prywatnych kapliczek przy domostwach, ślady fresków na podmokłym tynku. To wszystko sprawia, że miasto kojarzy mi się z misterną, pożółkłą koronkową serwetą. Wenecja jest ażurowa!

     

 

 

Wniosek nr 3- to nie jest miasto z typowymi atrakcjami dla dzieci. Dlaczego? Zwyczajnie nie ma na to miejsca. Żeby postawić koszmarnego dmuchawca lub wypasiony plac zabaw, trzeba by było zburzyć jakiś zabytkowy, stary dom wenecki. Każdy metr jest od dziesiątek, setek lat zagospodarowany. Na szczęście pięcioletni chłopiec ekscytuje się transportem wodnym wszelkiego rodzaju i już samo obserwowanie wąskiego kanału, gdzie pod mostami przepływają łodzie, jest nie lada atrakcją. Fajnie było być gdzieś, gdzie nie właziły nachalnie w oczy kolorowe, kiczowate lunaparki, place zabaw i dmuchane zamki.

Wniosek nr 4- Nawet w pobocznych uliczkach czyhają sprytni złodzieje. Wszędzie możesz zostać okradziony, a ja się przekonałam na własnej skórze, że poziom wyspecjalizowania weneckich rabusiów jest co najmniej mistrzowski. Niestety.

               Takim dodatkowym testem, który pomyślnie przeszliśmy podczas tego wyjazdu jest uznanie faktu, że nie trzeba mieć wielu rzeczy, by spędzić długie godziny z dzieckiem na plaży. Nie trzeba się do tego jakoś specjalnie przygotowywać nawet. Obaliłam sobie w głowie stereotyp rodziców objuczonych plażowym sprzętem, niczym wielbłądy. Dwa popołudnia spędziliśmy na plaży w Lido, gdzie trafiliśmy spontanicznie, tramwajem wodnym. Ręczniki można wypożyczyć na miejscu, kąpielówki schną z prędkością światła. Ewentualnie jakiś dziecięcy gadżet do zabawy w piasku można nabyć na okolicznym straganie. W naszym przypadku nie obyło się bez plastikowego, tandetnego na potęgę stateczku ;). Jest morze, piasek, muszelki, kamyki i przede wszystkim rodzice, którzy znów jak dzieci, mogą skakać przez fale.

 Nasz cały dobytek podczas pobytu na plaży- ręczniki wypożyczone. 😉

               Pomimo sporych przeciwności i zawirowań, jakimi los obarczył ten nasz długi weekend, warto było tam pojechać. Wziąć się za bary z tym legendarnym miejscem, zajrzeć tam, gdzie inni nie chcą zaglądać, porozmawiać z ludźmi, pomieszkać w starym, weneckim domu i pić Prosecco w oliwnym gaju. Było warto. 🙂

 

2 komentarze

  1. Wspaniale jest poznać historię tego miasta, szkoda, że z katastrofą w tle. Zawsze jednak warto się cieszyć, że wróciliście cali i zdrowi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *