Dziecko to nie kiszony ogórek!

               No i jak co roku… przychodzi jesienna aura i krajobraz parków, placów zabaw, chodników jest jak po jakiejś dzieciodezynsekcji. 😉

Dziatwa dowożona i odwożona z przedszkoli spędza długie godziny na domowych atrakcjach- rysowanki, wyklejanki, bajkowe seanse w TV, laptopy, tablety, puzzle, gry planszowe itd. Nam też dobrze, bo w kubku paruje gorąca herbata, a my zawinięci w koc leniwie przesuwamy pionki po planszy w poczuciu rodzicielskiego obowiązku. Matko, jak cudownie, ja też to kocham ;).

Deszczowa jesień to raj dla „leniwego” rodzica, nie trzeba się uganiać za kilkulatkiem szalejącym na rowerze, hulajnodze, nie trzeba cierpieć katuszy na placach zabaw i udawać, że konwersacja z inną mamą, to czysta przyjemność. Nie trzeba też ciągać dzieciaka na sankach, ani turlać się z nim ze śnieżnej góry.  Ufffff.

Po pracy padamy zmęczeni w okolicach kanapy i ostatnią rzeczą, o jakiej myślimy, jest wyjście na ziąb i deszcz.

No i tak sobie kisimy tego ogóreczka, a potem smęcimy i narzekamy, jak to nam dziecko tej jesieni ciągle choruje. Ledwie go wyleczymy z jednego kataru, a ono już kolejny łapie.

Jak tu wypuścić na dwór dziecko świeżo po chorobie, skoro go zaraz owieje, zawieje i w ogóle wirus wróci ze zdwojoną siłą.

No właśnie. Dzieci mają różny poziom odporności, ale wiele razy chorują poniekąd z powodu naszego lęku o nie. Dziecko żyjące w tzw. trybie zamkniętym nie ma szansy tej odporności nabierać.

Gdy każda próba walki organizmu z infekcją idzie w niwecz, bo w ruch idą mamuśki z dozownikami pełnymi Paracetamolu, Ibuprofenu i rozmaitych syropków…. organizm już nic nie musi. Temperatura jest natychmiast obniżana, nawet przy lekkich stanach podgorączkowych. Organizm izolowany od patogenów nie trenuje układu odpornościowego, nie wytwarza przeciwciał, nie uczy się!

               Ja wraz z pierwszą jesienną chlapą powzięłam postanowienie- kiedy tylko to możliwe logistycznie, do przedszkola po dziecko idę pieszo. Dziś szliśmy w deszczu i było naprawdę fajnie. Rozmowa, gdy nie muszę skupiać się na prowadzeniu samochodu, to zupełnie inna bajka. Deszcz jest atrakcją dla kilkulatka, kałuże pełne okazałych robali (bleeeee), błoto, mokra trawa, studzienka kanalizacyjna, do której wąską strużką spływa woda, zrzucanie kropel z mokrych liści- na mamę oczywiście.

Dzisiejsze maluchy mają niemal wszystko, a ilość kolorowych parasolek, kurtek przeciwdeszczowych i kaloszy w każdym domu przytłacza i zachwyca. Tylko powiedz mi matko, po co te przeciwdeszczowe gadżety, skoro twoje dziecko nie wychodzi z domu i jest wożone samochodem od września do maja?

Krople widzi na szybie, od zewnętrznej strony, a do tego wystarczą mu kapcie i dres.

          Czemu mnie tak naszło? Bo usłyszałam od znajomej matki, że ciągam dzieciaka po deszczu, jak mogłabym autem po niego przyjechać i żebym się już szykowała, że będzie chory, bo pogoda paskudna. Do tego słyszała, jak mały B marudzi, że chce ubrać czapkę, którą ma w półce w przedszkolu, a ja mu to odradzałam, bo przecież jest 12 stopni. No cóż, po sezonie letnim dla mojego syna czapka jest atrakcją i najchętniej nosiłby już taką podszytą owczą wełną, bez względu na pogodę. Ja uważam, że przy temperaturze powyżej 10 stopni czapka jest całkowicie zbędna, ale dziecko wie swoje i się uparło… jak widać na dzisiejszych zdjęciach. 😉

Co do uwagi owej mamy na temat rychłej infekcji, nie rozumiem jak w dzisiejszych czasach i przy obecnym stanie wiedzy można poczytywać wyjście na dwór za przyczynę choroby. Jeśli B zachoruje, to znaczy, że złapał wirusa, mogło to być gdziekolwiek i jakkolwiek, bo te niewidzialne cholery są wszechobecne, a w przedszkolach to już jest apogeum tego dziadostwa.

Nie ma opcji robienia z dziecka kiszonego ogóra, bo to właśnie kończy się ciągłymi chorobami. Powiem więcej, malec z katarem powinien przebywać na dworze w każdą pogodę, bez względu na początki infekcji. Dziecko bez gorączki należy traktować, jak zdrowe dziecko, siebie też.

Wiecie dlaczego większość moich znajomych zrezygnowała z chodzenia na basen  z dziećmi przez cały rok? No bo zimą tak wyjść na dwór od razu po basenie? No bo ta woda taka chłodna jakaś i aura nie sprzyja. Rezygnują ze strachu i wracają na zajęcia na wiosnę i lato. Mały B odwrotnie… jesień, zima i wczesna wiosna to czas zajęć na basenie. Są suszarki, jest miejsce, by z dzieckiem poczekać, nie wychodzić natychmiast na mróz.

Ja wiem, że na jego odporność i kondycję pracujemy właśnie teraz, gdy jest małym dzieckiem. Z niemowlakiem wychodziłam zawsze, codziennie, czy był mróz, czy deszcz, czy silny wiatr… to najskuteczniejszy sposób na trening układu odpornościowego. To nie ja to wymyśliłam, takie zalecenie usłyszałam od pediatry. Zalewałam się łzami, że mój syn ma zaburzony odruch ssania, a mi przez tą jego nieumiejętność zanika laktacja. W szkole rodzenia nakładli mi do głowy, że jeśli nie będzie miał pokarmu matki przez min. 1,5 roku, to będzie cały czas chorował, a nawet IQ będzie miał niższe od rówieśników karmionych naturalnie. Pan doktor popatrzył na mnie i z pełną powagą powiedział- minimum godzina na dworze, codziennie, przez cały rok, ma pani wpływ na odporność dziecka. Hartowanie i dieta uboga w cukier. Te słowa siedzą we mnie do dziś i są święte!

               Jak widzisz katar, nie zamykaj dzieciaka w domu i nie faszeruj środkami antygrypowymi. Katar to znak, że jego organizm walczy z wirusem, nie przeszkadzaj mu w tej walce! A teraz mamuśki… na dwór!

               

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *