Twój świat według algorytmów!

               Kiedyś często mówiło się, że globalna sieć jest oknem na świat, szansą na bycie gdzie się chce, kiedy się chce i z kim się chce. Każdy z nas ma dostęp do nieograniczonych możliwości i tylko od nas zależy, czy cyberprzestrzeń będzie miejscem marnowania czasu, dobrej rozrywki, czy może jednak polem do pomnażania cyferek na koncie. Możesz próbować być dziennikarzem, przedsiębiorcą, ekspertem, pisarzem, celebrytą, animatorem czasu wolnego setek tysięcy internautów. Możesz też wyładować frustrację i bezkarnie wylewać pomyje na innych ludzi, wdawać się w słowne utarczki, obrażać, udowadniać wyższość swojego IQ, prześladować, nękać itd. Tyle, aż tyle możliwości daje ten magiczny twór na literkę „i”.

Przez długi czas i mnie sieć kojarzyła się z czymś bezkresnym, nieskończonym. Zanurzałam się w miliardach informacji, wybierałam sobie miejsca, które chcę wirtualnie odwiedzić. To było miłe, prawie jak kopanie dłońmi w piasku na plaży. Ziarenka przesypują się między palcami, przyjemnie łaskoczą, relaksują i jest ich tak dużo, nie ma mowy o jakimś braku, niedosycie. Pełna wolność.

Właśnie, wolność… tego ostatnio nie czuję, otwierając przeglądarkę.

Mam wrażenie, że w moim komputerze jest jakaś bańka, a w niej się wszystko kotłuje, gotuje, nakłada na siebie i jest utkane z sieci wzajemnych zależności i powiązań. Jestem świadoma i dobrze wiem, dlaczego „moja sieć” zmieniła się w jeden wielki piekarnik… na blaszce leżą miliony ciasteczek.

Ja sama je tam dorzucam regularnie, klikam „ok”, „rozumiem”, „zgadzam się”, „zostałem poinformowany”. Zdaję sobie sprawę, że to jest cena, którą muszę zapłacić za darmowy dostęp do wielu narzędzi, a przede wszystkim do mediów społecznościowych. Google nie jest za darmo, Facebook nie jest za darmo, dziesiątki „darmowych” aplikacji nie są za darmo.

Co muszę im dać? Siebie. Informacje na temat mojej osoby, moich upodobań, moich poglądów politycznych, religijnych, obyczajowych, informacje na temat mojego stanu zdrowia, mojej sytuacji materialnej, rodzinnej, moich sposobów spędzania wolnego czasu. Wreszcie muszę pokazać, jakim jestem konsumentem, co lubię jeść, czym myję zęby, co planuję kupić dziecku na urodziny i jakie zapachy lubię. Każdy z nas jest sklasyfikowany, zaszufladkowany i odpowiednio sterowany. Spokojnie, nie mam zaburzeń schizofrenicznych, ani początków manii prześladowczej. 😉 Mam tylko świadomość, do czego służą te małe, z pozoru niewinne pliki cookies- chyba jakiś genialny marketingowiec je tak nazwał.

        Uważnie przyglądałam się przez ostatni tydzień światu, jaki podaje mi na tacy ta moja internetowa bańka. Trochę to człowieka rozleniwia, gdy FB sam dokonuje wyboru wiadomości, które według jego algorytmów powinnam poznać, skomentować, zareagować. Jest jak genialny asystent, bo on już dziś wie, do jakich sklepów wysłać mnie po świąteczne zakupy, podsuwa kody rabatowe, pilnuje, bym nie przegapiła promocyjnych ofert. Mało tego, on pilnuje nawet moich wspomnień, podrzuca zmontowane zdjęcia, przypomina o urodzinach znajomych i wręcz sugeruje, że wypadałoby złożyć życzenia. No a jeśli nie FB, to pilnuje mnie Google. W telefonie dostaję powiadomienie, co robiłam tego samego dnia dokładnie rok temu, sugeruje, bym oznaczyła swoją aktualną lokalizację, a wczoraj kilkakrotnie wymuszał na mnie, bym oznaczyła się jako osobę bezpieczną, pomimo orkanu Grzegorz, który szaleje nad południową Polską.

Gdzie ta moja bezkresna wolność? Wiem, że nadal wszystko zależy ode mnie. Nie muszę czytać tych informacji, które podpowiadają mi algorytmy. Nie muszę udostępniać tego, co sugeruje Wielki Brat FB. Nie muszę wcale rozpamiętywać, co robiłam równo rok temu. Ja to wszystko wiem, tylko nadal to robię. Odkąd jestem użytkowniczką FB coraz częściej zdarza mi się bezmyślnie przewijać tablicę w tzw. trybie zombiaka.  Dobrze wiem, że ty też to robisz i potem masz wyrzuty sumienia, że tracisz czas. Czujesz się ogłupiony, wykołowany i zły na samego siebie. Po cholerę czytać i lajkować to, co napisali lub udostępnili znajomi? Hmmm, a może jednak to ma sens? A może zupełnie nie ma? Co mnie właściwie obchodzi, że pani „x” była z mężem na kolacji w nowej, włoskiej restauracji albo, że pan „y” był z dzieckiem na jesiennym spacerze? Ja pier…. jesień jest w całej Polsce i nie tylko! Spacer wśród kolorowych liści nie musi być tematem nr 1 w mediach społecznościowych.

Ja jestem nie lepsza, czasem umieszczam na tym FB takie pierdoły, że potem mi wstyd, ale już jest za późno i głupio usunąć posty, choć się zdarzyło. 😉 Nie neguję wszystkiego, fajnie jest się dowiedzieć, że ktoś nam bliski zrobił cos dobrego, wartościowego, jest z siebie dumny. Czasem można naprawdę komuś pomóc. Nie demonizuję FB w żadnym stopniu, tylko ta bańka jakoś mi ostatnio doskwiera. Tęsknię za tym Internetem mniej zalgorytmizowanym. Chciałabym znów poczuć, że to jest to przysłowiowe okno na świat i tylko ja decyduje o tym, w którą stronę będę przez to okno patrzeć.

Marudzę, wiem. Dochodzę do siebie po chorobie i mam dzień marudery. Właśnie dzięki grypie zrobiłam sobie tydzień obserwacji sieciowych i szybko zauważyłam, że ucieczka do świata książek i filmów jest naprawdę ożywcza i skuteczna.

Pamiętaj, że świat, który podsuwają ci algorytmy jest tylko wyselekcjonowanym fragmentem rzeczywistości. Mnie ciasteczka zaklasyfikowały do grupy lewicowych antyklerykałów chyba, bo co rusz podpowiadają mi się artykuły o aferach w kościele, wpadkach księży, niezadowoleniu przedstawicieli naszego episkopatu w stosunku do papieża, gdybym tylko na podstawie tej garstki tekstów miała budować swój światopogląd, musiałabym uznać, że każdy ksiądz to pedofil i przestępca. Na pocieszenie pozostaje mi fakt, że zaklasyfikowano mnie także jako melomankę i wielbicielkę poezji. 😉 Księgarnie molestują mnie niezliczoną ilością ofert i kodów rabatowych.

          Jak zawsze polecam i stosuję…. metodę złotego środka. Ciasteczkowej bańki nie przebijesz, ale możesz też rozglądać się wokół niej, wyjść ze świata, który serwują ci algorytmy. 

2 komentarze

  1. Wiedzą o nas dosłownie wszystko… Mnie najbardziej zaskakują nieoczywiste powiązania – np.wśród osób, które mogę znać, pojawia się gość z doradztwa finansowego, który pomagał nam załatwić kredyt. Uwaga – nie kontaktowałam się nim z adresu mailowego, który jest moim loginem do FB, wspólnych znajomych też nie mamy. Albo jeszcze te wieczne reklamy – czasami wydaje mi się, że tylko o czymś pomyślałam, a tu już pojawiają się w prawym panelu… Przeraża mnie to…

    1. O tak, tak. Ja też czasem mam wrażenie, że już nawet moje myśli wyłapują te genialne algorytmy. To będzie dopiero mistrzostwo , jak się podłączą bezpośrednio do naszego mózgu! marketing 100% skuteczności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *