Czy na pewno rocznica Odzyskania Niepodległości pokazała, że jesteśmy nacjonalistami? A może pokazała coś zupełnie innego?

              „Chcesz pokoju, gotuj się do wojny” to stare, łacińskie powiedzenie dudni mi w głowie od dnia 11 listopada. Widzę pochody rozwścieczonych, w większości młodych ludzi z radykalnymi hasłami na ustach i na wielkich transparentach. Widzę ich przeciwników, równie rozjuszonych i gotowych skakać ludziom do oczu. W mediach masa zdjęć- ogolony na łyso osiłek pluje starszej  kobiecie w twarz, policja wlecze po ziemi jakieś osoby, jakaś kobieta stoi na czymś wysokim i w niemym krzyku, z uniesionymi ramionami patrzy nienawistnie w dal. W tle tego wszystkiego wypowiedzi polityków rozmaitych opcji, sprzeczne wobec siebie interpretacje w różnych stacjach telewizyjnych. „Patrioci świętowali w radosnym pochodzie, wraz z rodzinami uczcili narodowe święto”- „Największy w Europie faszystowski pochód przeszedł ulicami Warszawy”. Patrzę, słucham i nie wiem. Jakieś odrętwienie mnie dopada i sprzeczne myśli wirują w głowie.

                Zawsze brzydziłam się radykalizmem, boję się radykalnego islamu i boję się radykalnego, skrajnego nacjonalizmu. Chciałabym żyć w demokratycznej Europie, gdzie nie ma wojny i radykalnych ruchów społecznych. Gdzie nikt nikogo nie zmusza, czy ma wierzyć w Boga, Allacha (mnie akurat od dziecka mówiono, że to ta sama istota, wiem, wkurzasz się teraz, ale trudno) czy w słowiańskiego Światowida. Jak nie wierzy w nic, to fanie by było, by wierzył w siebie i w ludzi i by stosował się do zasad niepisanego kodeksu etycznego, którego ramy są dla nas ludzi kultury zachodu znane i oswojone. To  nic, że wrastają głęboko korzeniami w kulturę chrześcijańską, to nic. Zachodniemu agnostykowi czy ateiście zupełnie to nie przeszkadza, on przestrzega tych zasad, bo to jego kręgosłup moralny, kulturowy garnitur od pokoleń. Mało tego, jestem przekonana, że spory procent narodowców, którzy szli w pochodzie 11 listopada to nie są osoby wierzące i praktykujące wiarę. Bez problemu przyjęli główne hasło tegorocznego marszu – „My chcemy Boga!”. Dlaczego? Bo to hasło jest dla nich tożsame z treścią- „My nie chcemy w Polsce Islamu!”. Wybierają Boga, bo to część, fundament kultury, w której się wychowali. Boją się tego, co dzieje się za naszą zachodnią granicą, boją się tego, co dzieje się na wyspach.

Przeciętny Polak nie ma sąsiadki w czarnej burce, a jego kolega z pracy nie stosuje się do zasad ramadanu. To są dla nas nieoswojone kwestie, coś obcego zupełnie i dlatego się tego boimy. Każdy wyznawca tej religii jawi się Polakowi jako potencjalny terrorysta, który jeszcze dziś mówi ci z uśmiechem „dzień dobry”, a jutro wysadzi się na jarmarku bożonarodzeniowym koło straganu z glinianymi aniołkami. Wszyscy słyszeliśmy o metodach werbowania młodych ludzi przez Internet, o szybkiej i skutecznej radykalizacji, o szkoleniach w Syrii. Twój nastoletni sąsiad Khaled wyjechał na obóz sportowy? No tak…. czerwona lampa już ci nad głową miga jak szalona, już go widzisz w szeregach żołnierzy ISIS, wolisz, żeby już nie wracał, bo strach.

Taki sposób myślenia nie oznacza, że jesteśmy rasistami, czy nacjonalistami. Tak nam podpowiada instynkt osoby, która się boi, która chce zapewnić sobie i swojej rodzinie podstawową rzecz- bezpieczeństwo. Khaled może być przemiłym chłopcem, który spędził dwa tygodnie na obozie młodzieżowym w Bieszczadach, gdy wyłączymy lęk i myślimy racjonalnie, to wiemy o tym.

Zupełnie nie rozumieją tego strachu ludzie, którzy żyją w krajach, gdzie ta mieszanka kultur jest czymś naturalnym. Mój szwagier mieszkający w Kanadzie opowiadał mi o tym, jak działają tam przychodnie, potem temat zszedł na lekarzy i zupełnie naturalnie stwierdził, że obie lekarki, do których najczęściej trafia to Arabki. Kontaktowe, kompetentne, leczą go od lat. Tam wyznawcy islamu to pediatrzy, nauczyciele, urzędnicy, ekspedientki w sklepach, dziennikarze, prawnicy. Jestem pewna, że gdyby w mojej przychodni zatrudnili arabskiego pediatrę, to 70% rodziców przeniosłaby swoje dzieci do innej placówki medycznej. No bo gdzie to „ciapaty” będzie badał ich dziecko, a może zboczeniec, a może terrorysta albo niedouczony jakiś?

            Jesteśmy rasistami z natury, my jako społeczeństwo i trzeba to odważnie przyznać. Ta nasza cecha jest wynikiem monokulturowego i monoreligijnego wychowania i nie oznacza, że jesteśmy złymi ludźmi.

Większość moich znajomych czy bliskich otwarcie mówi- wolę, żeby Syryjczykom pomagano tam na miejscu, nie chcę, by ich przesiedlano do nas. Mam myśleć o nich jak o nacjonalistach? Mam ich uważać za złych ludzi?

Nie przeszkadzają mi arabskie dzieci w przedszkolu mojego syna, nie bałabym się też arabskiego czy hinduskiego lekarza, nie umiałabym odmówić wstępu na teren Polski grupie kobiet z małymi dziećmi i nie udzielić im pomocy, schronienia. Temat ucieczki z kraju przed wojną mamy przerobiony na wskroś, pokolenie naszych dziadków, rodziców wiele nam opowiedziało, wiele tragicznych zdarzeń, poplątanych losów, porozdzielanych przez wojnę rodzin i zniszczonych, zagrabionych domów. Czy powinniśmy zatem spłacić teraz dług i zaryzykować własne bezpieczeństwo, by ocalić tych, którzy nas potrzebują? Nie wiem.

               Powiem to jeszcze raz, brzydzę się radykalnymi hasłami pełnymi nienawiści, nawołującymi do krzywdzenia innych. Zaczynanie na nowo krucjaty z Bogiem na ustach przeraża mnie zapewne tak mocno jak i ciebie. Nie przyjmuję jednak do wiadomości (bo nie potrafię), że polskie Święto Niepodległości to od kilku lat iskra do odrodzenia się w Europie faszyzmu. Ja widzę w uczestnikach marszu paniczny strach i złość. Reakcję obronną na poczucie zagrożenia. Krzycząc, że chcą białej Europy, oni krzyczą, że chcą czuć się bezpiecznie.

Dla Polaka człowiek pochodzenia arabskiego wyznający islam= terrorysta i wróg. Nie zmieni tego myślenia kilka książek, wystąpień ludzi świata kultury i sztuki, których bardzo cenię. Oni chcą uświadomić, że społeczeństwo wielokulturowe to nic złego. Tłumaczą, pokazują, organizują swoje pochody z hasłami tolerancji i unijnymi flagami. Podziwiam determinację i szanuję, że dążą do celu. Ba, ja się z nimi zgadzam, ale ta praca jest syzyfowa…. wystarczy kolejna ciężarówka, za której kierownicą siedział człowiek o śniadej cerze i arabskim pochodzeniu, kolejna ciężarówka, która wjechała w tłum. Wystarczy kolejne doniesienie o brutalnym, zborowym gwałcie dokonanym przez imigrantów arabskiego pochodzenia na białej Europejce.

               Pochód narodowców to nie był pochód faszystów, to była demonstracja przerażonych Polaków, którzy są gotowi nawet mordować, byle ocalić swój kraj przed tym, co uważają za zagrożenie. Straszne. Człowiek w amoku strachu jest zdolny do wszystkiego, a w imię pokoju zbroi się do wojny!

2 komentarze

  1. Myślę, że nie każdy radykalizm jest zły. Jeśli przyjmiemy za słownikiem że radykalny znaczy „będący skutkiem zdecydowanych, bezkompromisowych działań” to wtedy praktycznie wszystko zależy CO jest opatrzone przymiotem „radykalny” – jeśli jest to w swej naturze dobra postawa to radykalizm nie jest czymś złym – a może nawet przeciwnie. Sam chciałbym móc o sobie powiedzieć, że jestem radykalny w tym co dobre, ale na samą taką myśl moje sumienie się puka w czoło 🙂
    Dalej – może nie tyle jesteśmy z natury rasistami, a raczej jesteśmy po prostu ludźmi – wspólnym mianownikiem wielu lęków jest nieznane. Często boimy się tego, czego nie znamy i tak jest może z ludźmi innych krajów/kultur/wyznań. Rozpowszechniane negatywne stereotypy żerują na takim lęku.
    A w tym że ktoś woli pomagać Syryjczykom w Syrii nie widzę nic złego. Gdyby u nas była wojna myślę że wazniejsze byłoby żeby Europa/świat pomogły raczej ją zakończyć. Wydaje się logiczne że jeśli przyczyną emigracji i fali uchodźców jest wojna to chyba trzeba zająć się wojną.

    1. Masz rację, moje rozumienie określenia „radykalny” opiera się o moje własne skojarzenia, a są zdecydowanie negatywne. Radykalny- fanatyczny- bezwzględny- bezrefleksyjny itp. Wiem, że to tylko w mojej głowie siedzi. Ta słownikowa „niezdolność do kompromisów” też budzi we mnie lęk, bo przecież brak kompromisu to brak dialogu, ale gdyby ugryźć to z drugiej strony- bezkompromisowe dobro byłoby czymś niewyobrażalnie DOBRYM! To raczej niemożliwe w przypadku człowieka, a może jednak? Nie wiem.
      Wiem, że nazywanie wszystkich Polaków rasistami z natury jest kontrowersyjne, wiem, że pod postem na fb z tym tekstem nie będzie „lajków”, bo to nawet nieładnie brzmi, źle wygląda. Trudno jest konfrontować się z takim określeniem na samego siebie. Boimy się odmienności kulturowej, zwracamy na nią uwagę, nie ufamy tym „innym”, nie twierdzę, że wszyscy nienawidzimy i chcemy krzywdzić ludzi odmiennych rasowo lub kulturowo, ale trudno jest pochylić się nad zupełnie innym systemem wartości ze zrozumieniem i bez lęku. Zawsze warto się starać, nie kierować się uprzedzeniami i w każdym widzieć przede wszystkim człowieka, warto. Niestety postawa agresywna jest reakcją obronną i to wolę widzieć w marszu niepodległości niż zamierzony pokaz neofaszyzmu. Wolę myśleć, że to ze strachu. Być może oszukuję samą siebie. Tego też nie wiem.
      Co do pomocy tam na miejscu, oczywiście, że trzeba to robić. Tylko czy to daje nam prawo zamknąć wrota Europy przed tymi, którzy uciekają? Znów nie wiem.
      Jest taka zasada- by zatroszczyć się o innych, najpierw musisz zadbać o siebie. By pomagać na bliskim wschodzie musimy mieć na to siły, pieniądze i jedność polityczną ponad podziałami. Taka rozpadająca się Europa nikomu nie pomoże, nie mówiąc o tym, że już przestaje sobie radzić sama ze sobą.
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *