Wybierasz mieć, czy naprawdę żyć?

         

             Już sam tytuł Cię irytuje, myślisz- a ta znów będzie sypać banałem, jak to ważne w życiu są emocje, doświadczenia, relacje, a jak mało istotna jest ilość rzeczy, które nabywamy i posiadamy. Jesteś już zdegustowany i grymas twarzy pokazuje, gdzie masz moje wywody? Być może głowisz się, jak wyczarować kasę na świąteczne podarunki dla najbliższych, a może jesteś kobietą, która nigdy nie mogła ot tak zwyczajnie wejść do sklepu i kupić sobie wszystko to, czego akurat potrzebuje, może jesteś tym, który trzeci rok odkłada pieniądze, by zabrać rodzinę na wakacje i to wcale nie egzotyczne, ani kosztowne. Jeśli tak, masz prawo się krzywić i irytować i masz prawo nawet wywracać oczami na mój dzisiejszy wpis. Przybijam ci piątkę, a dlaczego?

„Pieniądze szczęścia nie dają”… ten trywialny, oklepany tekst powtarzają do znudzenia ludzie, którym akurat pieniędzy nie brakuje. Jak to fajnie gadać, że coś jest mało istotne, jak ma się tego pod dostatkiem. Schemat- nie doceniamy tego, co mamy, tacy już my ludzie jesteśmy i pisałam o tym milion razy. Jest też druga strona medalu, bo faktycznie samo posiadanie dużej ilości pieniędzy nie uszczęśliwia, dopiero odpowiednie ich spożytkowanie… może dodać nam skrzydeł. Jeśli jesteś samotny, mając kupę kasy, nadal jesteś samotny. Nie kupisz prawdziwej przyjaźni, miłości, autentycznego wsparcia. Jak brak ci odwagi i umiejętności podejmowania ryzyka, to nadal będziesz sam dla siebie nudziarzem, kurczowo trzymającym się życiowej rutyny, cóż z tego, że z pełnym kontem. Jeśli wstydzisz się pomagać, to nigdy nie poczujesz tego cudownego mrowienia w żołądku (tak tak, prawie jak motylki u zakochanych), gdy bezinteresownie kogoś uszczęśliwiasz lub chociaż całkiem anonimowo klikasz i … ktoś tam gdzieś po drugiej stronie świata przez jakiś czas nie czuje głodu lub pragnienia. Jeśli nie masz środków finansowych, to cię pocieszę, identycznie działa ofiarowanie komuś swojego czasu, swojej uwagi, zainteresowania. Tylko musisz się odważyć, a wiem, że to nie jest łatwe. By zaprosić na obiad samotną, starszą panią poznaną latem u fryzjera, zbierałam się w sobie co najmniej jakbym szła na wojenny front albo najważniejszy w życiu egzamin. Miałam nawet spocone dłonie, a to już zdarza mi się tylko podczas startu i lądowania. 😉

               Dobra, pora wreszcie wydusić z siebie, o co mi chodzi.

Jest przedświąteczny czas i ciągle słyszę- muszę jeszcze okna umyć, musimy jeszcze zrobić zakupy, trzeba podłogi wypastować, kupić tony prezentów, spakować je, upiec pierniczki, udekorować. Rozumiem, jeśli ktoś to kocha, niech piecze i dekoruje pierdyliardy pierniczków i robi przepiękne stroiki. Gorzej, jeśli tego nienawidzisz, ale czujesz, że musisz.

Zaczyna się właśnie ostatni przedświąteczny weekend, nie mamy choinki, mamy okna pokryte pierzynką… kurzu, panele wcale nie lśnią, a wnętrza szaf i szuflad nie są wypucowane i wyłożone nowymi matami prosto z Ikei. No i co ja mam teraz zrobić?

Już ci mówię, co ja zrobię… spędzę weekend daleko od domu, z przyjaciółmi. Będziemy siedzieć przy kominku i pić grzane wino, będziemy grać w gry planszowe i gadać do białego rana zapewne. Będziemy razem gotować i razem jeść, a nasze dzieci będą się bawić.

Wybór dla mnie naturalny, od zawsze. Akurat ten wybór nie ma nic wspólnego z wydawaniem lub nie wydawaniem pieniędzy. Wybieram jednak ludzi i czas razem, kosztem tych malutkich wyrzutów sumienia, że okna sąsiadów będą bardziej transparentne, a podłoga na dole u teściowej będzie jakaś taka bardziej pachnąca. 😉

              A czemu trułam o tym posiadaniu? Czemu zaczęłam tak patetycznie, że już sam tytuł cię zirytował?

Od kilku dni biłam się z myślami, czy moje ferie zimowe i zgromadzone środki wykorzystać na remont i zakup nowych elementów wyposażenia wnętrza, czy może jednak nie. Jak zamykam oczy, widzę salon bez dziur w ścianach (pozostałość po remoncie łazienki), widzę nowe fronty szafek kuchennych i wiele dobrego w moim codziennym, życiowym gniazdku. Niestety widzę też siebie smutną i trochę zmęczoną. Rozmyślającą wieczorami, że życie i czas ucieka mi przez palce, że mało czasu spędzam z rodziną, że znów dwa tygodnie zimowego urlopu spędzam wśród obcych mężczyzn w ogrodniczkach, którym robię kawę i dowożę niezbędne rzeczy, zamawiam, odbieram paczki od kurierów i decyduję o różnych dziwnych drobiazgach. Ja wiem, potem przyjdą znajomi i się zachwycą, będzie „efekt wow” i każdy mi powie, że warto zacisnąć zęby. Naprawdę? NAPRAWDĘ?

Powiem brzydko, gówno prawda! Zważyłam sobie lata mojego wspólnego życia z P pod tym względem i dobrze wiem, że dokonywaliśmy dobrych wyborów. Wszystko to, co razem widzieliśmy i przeżyliśmy bije na głowę cokolwiek, co udało nam się w życiu kupić. Nie kupiliśmy, ani nie wybudowaliśmy domu, mieszkamy z ludźmi, których kocham i nie mam ambicji posiadania przedpokoju czy garażu na wyłączność, bo poziomu życiowego szczęścia na pewno mi to nie podniesie. Nie kupiliśmy kolejnych telewizorów, ani elektronicznych gadżetów z nadgryzionym jabłkiem. Nie mamy mebli i szaf za dziesiątki tysięcy złotych, ani kieliszków Rosehenthala. To zbytek? Owszem, ale dla wielu zamożnych ludzi to wręcz przedmioty pierwszej potrzeby.

Właśnie! Ten tekst jest dla tych, którzy pieniądze mają i to oni mają się zastanowić, co z nimi robią. Dlatego pozwalam się krzywić i pokazać mi środkowy palec wszystkim pozostałym.

               Możesz być lub nabywać. Możesz chłonąć wrażenia, miejsca i ludzi albo niezmiennie wpatrywać się w nową kanapę za 15 tysiaków. Możesz sam pokazywać swoim dzieciom różne miejsca albo oddać tę przyjemność obcym ludziom i sporo za to zapłacić.

Najgorsze, co możesz zrobić, to wziąć gigantyczny kredyt, bo cię na niego stać i wybudować lub kupić coś, co cię ograniczy i zamknie na świat. Złota klatka nie daje szczęścia, a przecież fundują ją sobie tylko ludzie bogaci.

            U mnie tym razem nie będzie remontu, będzie czas razem daleko od domu, daleko od codzienności, pracy, stresu i wszystkiego, co nas w tej codzienności ściga i przytłacza.

Nie można dać sobie nawzajem lepszego prezentu, niż wspólna podróż. Takich właśnie podarunków wam życzę, ale to wy macie je ofiarowywać ludziom, którzy są dla was ważni. Potem popatrzcie też na tych, którzy być może są wam obcy, może są z innego świata, ale tak niewiele im trzeba, żeby poczuli się przez kogoś zauważeni.

Dawajcie w tym świątecznym okresie, ile się da! Żyjcie naprawdę.

 

2 komentarze

  1. I tak trzymaj! Moje święta i tak sie odbęda, chociaz nie umyję okien, szafek, ….no może podłogi tak, bo mi się z serwetki (co za badziewie przynisołam, miało byc ładnie 🙂 )posypał brokat i świeci się wszystko 🙂 Pranie też – nie wiem jakim cudem. Znam ludzi, którzy są w strasznym amoku: choinka, gotowanie, sprzątanie, sprzątanie….”Nie zawracaj mi głowy, przecież są Święta. Teraz mi o tym mówisz? Kiedy ja mam Święta na głowie?” Evita, cudownych Świąt. Nie zmieniaj zdania. I jeszcze :
    Wtedy jest Boże Narodzenie
    Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
    i wyciągasz do niego ręce,
    jest Boże Narodzenie.
    Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,
    jest Boże Narodzenie.
    Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,
    które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
    w ich samotności,
    jest Boże Narodzenie.
    Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom”,
    tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
    moralnego i duchowego ubóstwa,
    jest Boże Narodzenie.
    Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
    jak bardzo znikome są twoje możliwości
    i jak wielka jest twoja słabość,
    jest Boże Narodzenie.
    Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
    pokochał innych przez ciebie,
    Zawsze wtedy,
    jest Boże Narodzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *