Świąteczny Yin i Yang, a na końcu podziękowania dla bliskich.

               Atmosferę świąt lubię na dłuuuuugo przed świętami, im bliżej premiery wigilijnego wieczoru, tym moją głowę bardziej ściska jakieś wielkie, upierdliwe imadło. Przedświąteczny tydzień, to już czas, który zamyka mnie w dusznym kokonie. Koleżanki masowo produkują pierniczki, śliczne, kolorowe, pyszne- zjadam natychmiast, jak tylko je dostanę, żadne nigdy nie doczekały świąt. Twarze znajomych wirują w automacie gorączkowych przygotowań.

Choinki- ustrojone- są już fotki na FB, wats up itd.

Domy i mieszkania migocą blaskiem, brokat sypie się niemal wprost z nieba, jest słodko i przytulnie… nawet w pracy. W telewizji już Andrzej Piaseczny śpiewa w duecie z Natalią Kukulską, złota suknia, złote gwiazdy, pakiet Pley, wszystko na swoim miejscu. Ciężarówka Coca Coli parkuje niemalże przed moim domem. Jest dużo życzeń, serdeczności, przytulania…. kocham się przytulać do ludzi, których lubię, podziwiam, szanuję, ludzi mi bliskich, nieco dalszych, ale równie ważnych. Ładuję baterie i czuję ciepło. 🙂

               Czy święta to tylko cukier, lukier i czysta, niewinna miłość?

Dobrze wiesz, że nie. To czas, gdy szczególnie boleśnie otwierają się w ludziach rany. Czujemy wszystko wyjątkowo intensywnie, przeżywamy mocniej, niż w wirze codzienności. Rozpamiętujemy to, co się wydarzyło, żałujemy tego, co mogłoby się wydarzyć, ale zabrakło nam odwagi.

Tęsknotę czujemy niemal fizycznie, siedzi jak Leśmianowski Dusiołek na naszej piersi i skutecznie utrudnia złapanie głębokiego oddechu. Złoty pyłek i blask świec nie przykryje tęsknoty za tymi, którzy są daleko, za tymi, którzy odeszli, za tymi, których kochamy, ale nie możemy się do nich przytulić. Czasem dzielą nas dziesiątki tysięcy kilometrów, czasem pretensje i żal, czasem zło, które się między ludźmi wydarzyło.

W tym szczególnym okresie rozprawiamy się też z samym sobą, ważymy myśli i uczynki. Może trzeba się ze sobą samym pojednać? Może trzeba sobie coś wybaczyć? Może za coś wreszcie docenić? Uwierzyć w siebie?

Mnie dopada złość i żal na całe zło tego świata. Nie mogę znieść myśli, że ludzie cierpią, że są samotni, że mają za sobą ciężkie doświadczenia. Wzruszam się jak wariatka niemalże wszystkim. Spojrzenie mojego dziecka i ta wdzięczność, że jest. Ta obawa, czy zawsze będzie, czy będzie szczęśliwy, czy nic złego go nie spotka. Wzrusza mnie każdy gest czułości osób, które kocham. Wzruszają mnie książki, filmy i nawet te cholerne, świąteczne reklamy telewizyjne.

Mam jakby system połączeń nerwowych na wierzchu, a poziom empatii na jakimś szalonym poziomie.

Święta to czas ogólnospołecznej choroby dwubiegunowej. 😉

Balansujemy na skraju wzruszenia, euforii i smutku. Karuzela wiruje, a my na niej jak zdumione dzieci, zachwycone i przestraszone jednocześnie.

               Nie będę w tym roku składać Wam życzeń, to kompletnie nie ma sensu. Codziennie życzę Wam tego, co najlepsze. Nie potrzebne mi do tego święta, ani nawet Wasze urodziny.

Zamiast życzyć, wolę podziękować… za wszystko, czego dzięki Wam doświadczam. Wielką zagadką jest dla mnie fakt, że otacza mnie tylu niezwykłych ludzi. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Człowiek dla człowieka jest najwyższą wartością, choć wiem, że czasem wilkiem, wrogiem, oprawcą. Pomimo wszystko wierzę, że każdy człowiek na naszej drodze staje po coś, jest jakaś tajemnicza przyczyna zdarzeń, które niosą ludzie w naszym życiu.

Może właśnie dlatego to małe, boże dziecko musiało pojawić się w naszym świecie. Stać się człowiekiem.

            Jeszcze raz dziękuję za wszystko i trzymajcie się mocno, bo karuzela świątecznych emocji właśnie powoli podjeżdża do tego miejsca, gdzie mocno zamykamy oczy i znacząco przyspiesza nasz oddech.

 

2 komentarze

  1. Masz rację, u mnie to też niesamowita huśtawka… I dylematy. Niestety życie tak się komplikuje, że znalezienie złotego środka na spędzenie tego czasu było dla mnie niemożliwe 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *