A ja naiwna myślałam, że to wszystko jest później. Jak widzę dzisiejsze kilkulatki?

               Pracując z nastoletnią młodzieżą, wielokrotnie dziwiłam się, że dziewczyny tak szybko fizycznie dojrzewają, że tyle już wiedzą o seksualności. Ze zgrozą myślałam o tych strzępach rozmów, które docierały do moich uszu, treści liścików przechwyconych czasem na lekcji. Nie zawsze były o niewinnych randkach i czułych szeptach, niekiedy miałam wrażenie, że dwie dorosłe kobiety wymieniają uwagi na temat swoich przygód i podbojów. No ale to jest młodzież, myślałam, są ciekawi, mają szeroki dostęp do wiedzy, świadomi rodzice odwiedzają z nastoletnimi córkami ginekologa, takie czasy.

Teraz uczę dzieci 9 i 10 letnie. Słodkie, szczere, wszędobylskie maluchy. Nie prowadzą rozmów o seksie, są dziećmi, gdy w jakimś tekście literackim pojawia się motyw zakochania, na buźkach niektórych są rumieńce i i zawstydzone uśmiechy. Opowiadają mi czasem, że kogoś poznali podczas wyjazdu z rodziną, że korespondują, że się dobrze z tym kimś rozumieją. Hmmm, zupełnie jak za naszych czasów, prawda? Jednak nie do końca.

Moje 10 letnie uczennice są zakleszczone między światem dziecięcym, a dorosłym. Mają dylematy, których ja w ich wieku nie miałam.

 „Proszę pani, czy chłopcom podobają się bardziej blondynki, czy brunetki?”;

„Mama kupiła nam takie same sukienki, ale ja nie mam talii, nie wyglądam tak dobrze, jak ona”;

„Dlaczego nie możemy do szkoły malować paznokci? Do przedszkola mogłam chodzić z pomalowanymi”;

„Uwielbiam jeździć do galerii handlowej, tam jest tyle fajnych rzeczy”;

„A jedna youtuberka w moim wieku pokazywała wczoraj, jak sprawić, by zakochał się w nas ten chłopak, który nam się najbardziej podoba. Ważne są rzęsy i odpowiednie spojrzenie”;

„Lalki Monster High są fajne, takie seksowne”

Są zakleszczone także między byciem dzieckiem, a aktywnym konsumentem i odbiorcą mediów. Dzieci mają dziś ogromny wpływ na to, co kupują ich rodzice i producenci oraz dostawcy usług doskonale o tym wiedzą.  Pominę już fakt istnienia całej gamy produktów dedykowanych dzieciom, które są odpowiednikiem garderoby i akcesoriów dorosłych. Zestawy kosmetyków, mini toaletki, pantofelki na obcasach, perfumy dla chłopców i dziewczynek, biżuteria itp. Coraz bardziej kwitnie cały segment usług dla najmłodszych klientów- Kids Spa, Zumba Kids, Little Girls Fitness itp.  

9 latki z zamożnych domów snują opowieści, jak to miały profesjonalny masaż gorącą czekoladą i jaka jest po tym gładka skóra. Chłopcy stosują specyfiki do stylizacji włosów, wzorują się na znanych piłkarzach i ubierają zgodnie z trendami mody, niekoniecznie dziecięcej.

Czasy się zmieniły i nic, co jest w granicach rozsądku mnie nie dziwi, nie szokuje. Mam wrażenie, że żyjemy w czasach zacierania się granic estetycznych pomiędzy dorosłymi, a dziećmi. Dorosłe panie masowo kupują i noszą tiulowe spódniczki na sztywnych podszewkach i przypinają do torebek kolorowe, włochate pompony. Nikogo nie dziwią kolorowe gumki i zabawne spinki na głowach pań, a w sieciówkach leżą całe sterty bluz, spodni i piżam dla dorosłych z wizerunkiem postaci z bajek.

Taka infantylizacja wizerunku nikogo dziś nie razi, trafia w gusta lub nie. Zatem wszystko się wymieszało, w głowach też.

               Skąd te przemyślenia nagle? Bo kilka dni temu w jednej z galerii widziałam, jak mi się zdawało, drobną, niską kobietę. Czarne, skórzane legginsy, futrzana, modna kamizelka, kolczyki, bransoletki, makijaż. Kobieta zawołała małego chłopca i wtedy do mnie dotarło, że to dziewczynka. Miała dziecięcy głos i po uważnym przyjrzeniu się nie miałam wątpliwości, że widzę dziecko. Lat góra 11. Wizerunek dorosłej kobiety. Długie, gęste, doklejone rzęsy. Kto to dziecko zaprowadził do kosmetyczki? Kto zapłacił za usługę? Kto buduje poczucie jej wartości na podstawie seksownego wizerunku? Rodzicu drogi, rozumiem, że stać cię na wszystko, ale nie wszystko jest dobre dla twojego dziecka. 10 latka ma być radosnym, znającym swoją wartość dzieckiem. Ma wiedzieć, że ją kochasz i akceptujesz. Ma też wiedzieć, że nie musi być idealna… nie musi być seksowna i atrakcyjna.

               Teraz zaglądam do swoich zdjęć i wspomnień. Cieszę się, że chodziłam w fartuszku i białych tenisówkach z gumką. Nie zastanawiałam się, czy moje usta są pełne, a oczy odpowiednio duże. Nie miałam błyszczyka ani perfum. Nikt mi nie dyktował, jak powinnam wyglądać i zachowywać się, by inni mnie lubili. Nie musiałam rywalizować z mamą, która z nas lepiej wygląda w sukience, bo ona nosiła te dla dorosłych kobiet, a ja te chińskie z falbankami (pewnie pamiętacie) i nijak nie były do siebie podobne. Na randki nie chodziłam ja, tylko Barbie i Ken i wierzyłam bardzo, że z tej ich wielkiej miłości pojawiła się na świecie malutka laleczka, którą sadzałam na nocniku. Wierzyłam, że przecież chodzi o tą miłość. Nie wiem, w co wierzy dziewczynka z doklejonymi rzęsami, ale już się boję o jej poczucie własnej wartości za kilka lat. Może jej rodzice powinni  zacząć odkładać pieniądze na psychoterapię? Przesadzam?

          A tu kilka przykładów seksualizacji wizerunku dzieci, jakże powszechnych.

  

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *