Za bardzo tkwią w świecie dorosłych?

               Raporty krzyczą- co 5 nastolatek ma objawy depresyjne! Zewsząd słychać głosy specjalistów- już 10, 11 letnie dzieci przejawiają zaburzenia psychiczne, okaleczają się i mają myśli samobójcze. Nas nauczycieli w trybie pilnym szkolą, jak wyłapywać szybko niepokojące sygnały i jak reagować. Rozmowa z dzieckiem na skraju załamania nerwowego nie jest kaszką z mleczkiem i nawet wieloletnich pedagogów niekiedy przerasta. Mamy nowe czasy, nową generację dzieci z zupełnie nowymi problemami. No i jak zawsze, gdy pojawia się kłopot, szukamy winnych.

Na ławie oskarżonych siedzi już rodzic, nieudolny system edukacji, opieka medyczna w zakresie psychiatrii dziecięcej i gwiazda tejże ławy- szanowny pan Internet.

Padają argumenty, że dzieci czują się osamotnione, że występuje drastyczny brak uwagi ze strony dorosłych, że wychowują je tablety, aplikacje mobilne i portale społecznościowe.

Specjaliści grzmią też, że dzieci są przeciążone obowiązkami, zadaniami domowymi, zajęciami pozalekcyjnymi itd. Jest duża presja rodziców, by ich pociecha rozwijała talenty- sportowe, muzyczne, taneczne itd.

               Ja tak dumam nad tym i nie potrafię się zgodzić z wieloma argumentami. Najbardziej rażący i nie do pojęcia jest podnoszony stale problem braku uwagi i czasu, jaki dorośli poświęcają dzieciom. Zalecane jest wspólne gotowanie, wspólne sprzątanie, wspólna zabawa, wspólne spacery, liczne rozmowy i pełne zaangażowanie rodziców w życie dziecka. Wchodzi w to też oczywiście wspólne odrabianie zadań domowych. Zastanawiam się, kiedy specjaliści zalecą, by początkującemu, małemu piłkarzowi na boisku towarzyszyła mama i trzymała go za rękę, by czuł tę miłość i wsparcie. 😉

Chyba pora się opamiętać i otrząsnąć z tego szaleństwa, a przede wszystkim przypomnieć sobie własne dzieciństwo.

Było to mniej więcej tak… rano wstawałam, jadłam śniadanie i szłam do szkoły. Na lekcjach się uczyłam, a przerwy spędzałam w gronie koleżanek i kolegów. Wracałam do domu, jadłam obiad (moja mama nie pracowała, więc zawsze był) i siadałam do zadań domowych (sama!). Byłam z tego gatunku dzieci, które musiały najpierw zrealizować obowiązki, a potem oddawały się przyjemnościom dziecięcego świata. Nie byłam prymusem, średnie wyniki w nauce mi wystarczały, bo zorientowałam się, że minimalnym wysiłkiem mogę zdobywać czwórki, to po jakie licho się pocić na piątki. 😉 Zatem po odejściu od biurka rozpoczynał się mój dzień zabawy i bynajmniej nikt dorosły w tym nie uczestniczył. Odwiedzałyśmy się z koleżankami z bloku, każda przynosiła swoje lalki i inne cuda i godzinami się bawiłyśmy. Wiosną i latem wychodziłam z domu ok. 15.00, 16.00 i wracałam ok. 20.00 na kolację. Niezliczona ilość gier i zabaw podwórkowych była tak absorbująca, że nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby siedzieć w domu i bawić się z mamą.

Wakacje spędzałam na mazurskim polu namiotowym i tam też światy dorosłych i dzieci istniały jakby obok siebie. Czy był jeden kuzyn, czy była nas cała banda, nigdy nie angażowaliśmy rodziców do zabaw.  Dziś obserwuję rodziny podczas wakacyjnych wczasów i mam wrażenie, że rodzice weszli w rolę animatorów czasu wolnego swoich pociech. Dzieci są znudzone, marudne, pytają dorosłych, co mają robić. Zamożni rodzice szukają wiec miejsc wakacyjnych z milionem atrakcji i najlepiej z profesjonalną grupą animatorów, którzy choć przez godzinę dziennie ich odciążą. Chyba jeszcze nigdy rodzice nie byli tak zaangażowani w życie dzieci i nie poświęcali im tyle uwagi, co teraz. Wozimy z zajęć na zajęcia, animujemy przyjęcia urodzinowe, czytamy do snu, a gdy już dziecko potrafi, słuchamy jego bajek. Uczymy kilkuletnie maluchy robić kanapki, sałatki, koktajle i piec babeczki. Dzieci spędzają czas z rodzicami w restauracjach, kawiarniach, kręgielniach i często chodzą z opiekunami do kina. Nie twierdze, że to jest złe, ale nie rozumiem argumentu braku uwagi dzisiejszych dorosłych na własne dziecko.

Świat dorosłych i dzieci nałożył się na siebie niezwykle mocno. Dodatkowo starsze nieco dzieci mają dostęp do Internetu, a tam nikt już nie selekcjonuje treści i narzędzi na te dorosłe i przynależne do świata dziecięcego. Młodzież ma nieograniczony kontakt z licznymi dorosłymi z całego świata. Lekką ręką te nasze nastolatki sięgają po pornografię, przemoc, drastyczne informacje, bywają manipulowane przez różne grupy i sekty. Internet to tygiel wszystkiego i w takim kotle trudno odnaleźć się nam, a co dopiero dzieciom. Tego już nie zmienimy, koła postępu i rozwoju technologii nie zatrzymamy. Zresztą regres nigdy nie jest dobry, wiele pozytywnych aspektów ma to internetowe otwarcie na świat i ludzi, na kultury i języki. Miejmy nadzieję, że ani my, ani nasze dzieci się w tym nie zatracą.

Zastanawia mnie bardziej to, co dzieje się w realnym życiu dzieciaków. Czy to właśnie ta ingerencja dorosłych im nie szkodzi. Ta presja, by szybko dorosły, by szybko miały osiągnięcia, by wiele potrafiły. Ta ciągła nasza obecność w ich życiu, brak typowo dziecięcego świata, do którego dorośli nie mają wstępu. Bark niekontrolowanej przez rodziców zabawy z rówieśnikami, powtarzam NIEKONTROLOWANEJ! Nie mówicie mi, że kiedyś było mniej zagrożeń w okolicy, na podwórku, w parku. Doskonale pamiętam, jak czyhał na nas pan z woreczkiem cukierków i mówił- podnieś dziewczynko spódniczkę i pokaż majtki, to dostaniesz czekoladkę. Była pedofilia, były porwania, była demoralizacja. Rodzice byli mniej świadomi? Może.

Wiem jedno… nam to wyszło na dobre. Nie potrzebowaliśmy psychiatry, leków, terapii i tylko nieliczne osoby miały pomysły, by wypróbować ostrość żyletki na swoim ciele. Tak, tak… to też było. Kilka moich koleżanek miało pocięte ręce, uda od wewnątrz, bo tam nie było widać i nikt się nie czepiał. Tylko wtedy grupa rówieśnicza potrafiła być wsparciem, siadałyśmy z tą koleżanką i była rozmowa, deklaracja pomocy, nie biegliśmy natychmiast do dorosłych z każdym problemem. Czy były samobójstwa? W moim środowisku jedno. Kolega z klasy rzucił się pod pociąg. Było to dla nas wielkim szokiem, jemu nikt nie zdołał pomóc.

Dziś nastolatek nie ma narzędzi ani umiejętności nawiązywania relacji z innymi młodymi ludźmi. Głębokich, wspierających relacji. Szuka pomocy na forach internetowych i czatach. Czasem z dobrym skutkiem, a czasem z wiadomo jakim, ktoś wykorzystuje jego słabość i naiwność.

          Znam kilkoro dzisiejszych dzieci, które wychodzą na podwórko. Ganiają z kolegami i koleżankami po parku i bez nadzoru rodziców bawią się w to, w co być może rodzice by się im bawić nie pozwolili. Rodzice nie zmuszają ich do zajęć dodatkowych. Jeśli na coś chodzą, to dlatego, że sami na to wpadli i sami chcieli. Nie czują też presji, że muszą. To naprawdę fajne, zaradne, w niczym nie odstające od całej reszty dzieci. No, może jednak w czymś inne… mają wysokie umiejętności interpersonalne. Bardzo dobrze mi się z nimi rozmawia, gdy bywam gościem ich rodziców.

Mój syn prawdopodobnie nie będzie miał osiedlowych kolegów. Dzieci są pozamykane w swoich przydomowych ogródkach i hodowane na geniuszy. Jeszcze tylko na niektórych osiedlach, szczególnie tam, gdzie są wysokie bloki, widać swobodne gromadki bez nadzoru dorosłych. Przepraszam, jakaś forma nadzoru jest, jestem pewna, że te dzieci mają komórki i inne wynalazki, dzięki którym rodzice wiedzą, jaka jest ich lokalizacja.

             Te dzieciaki trenują coś o wiele ważniejszego niż piłka nożna w zacnym klubie juniorów, jako nieliczni posiądą cenną umiejętność radzenia sobie i współdziałania w grupie rówieśników.

1 komentarz

  1. Tak sobie myślę, że ciężko mi ocenić sytuację, ale wiem jedno – za nic w świecie nie oddałabym mojego dzieciństwa. Nie zamieniłabym gry w gumę, fikołków na trzepaku, ganiania po podwórkach, zabaw w chowanego, podchody i wiele innych na komputer, smartfona i cokolwiek innego, co mają dzisiejsze dzieciaki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *