Pozwól im coś przeżyć…. nauczycielu języka polskiego (a może nie tylko)!

Wiecie, dlaczego robimy często zachowawcze, dość schematyczne lekcje? Boimy się wyjść na śmiesznych w oczach uczniów. Mamy w sobie lęk, że przecież nauczycielowi nie wypada się „zbłaźnić”, że nas obgadają, że nas nie zrozumieją, że ta nasza pomysłowość i wychodzenie poza standardy na nic się nie zda, a tylko zrujnuje nasz poważny wizerunek.

Ja się nie boję. Nie wiem dlaczego, być może łatka śmieszności mniej mnie przeraża niż miano nudnej baby, na której lekcjach się śpi.

Zdarzało mi się wyjść do uczniów z tak absurdalnym pomysłem, że w klasie zapadała cisza i dzieci naprawdę nie wiedziały, czy żartuję, czy mówię poważnie. Nie zawsze to były trafione wizje, czasem oni tego nie czuli, nie musieli, ale warto próbować.

Łatwiej jest z młodzieżą, tu już mamy pewne pole manewru, możemy odwoływać się do jakiegoś poziomu refleksji, doświadczeń, obserwacji. Z dziećmi młodszymi to ja dopiero raczkuję i naprawdę nie jest mi łatwo. Jednak widzę, że maluchy nie jest w stanie nic zdziwić, one wchodzą w każdy szalony pomysł, jak nóż w miękkie masło, są pod tym względem cudowne. 😊

Mój przedmiot wymaga innego podejścia, ucząc historii (czego moim zdaniem kompletnie nie potrafię robić), skupiałam się na snuciu opowieści. Szybko zauważyłam, że wszystko można opowiedzieć w taki sposób, żeby dzieci chciały słuchać. Mistrzynią jest w tym względzie moja koleżanka Basia, oj gdybym kiedyś była jej uczennicą, to dziś kochałabym historię miłością wielką i pamiętałabym z niej więcej, niż mnie nauczyli na nieszczęsnej dwuletniej podyplomówce.

Basia…chylę czoła i pozdrawiam!

Jednak ja stanowczo lepiej czuję się w swojej materii i wiele nie zwojowałam, ale kilka patentów na ruszanie emocji dzieciaków może jakiemuś poloniście tu podpowiem. 😊

 

  1. Odwieczny problem- jak sprawdzić znajomość lektury? Możliwości mamy wiele, z reguły sięgamy po kartkóweczkę, teścik ze szczegółowymi pytaniami, jakiś quiz itd. Super, tylko skoro to dziecko nie miało motywacji, żeby to przeczytać, to nie przeczytało i wiadomo, że ocena będzie nieciekawa. W tym roku w kilku klasach w momencie zadawania lektury, poinformowałam uczniów, że muszą na jej podstawie przygotować grę. Nie interesuje mnie jaką- planszowa, terenowa, strategiczna, logiczna, komputerowa… to ich broszka, nie moja. Ma być ciekawa i mam widzieć, że dziecko wie, o czym jest ta książka. Efekty były rozmaite, czasem wewnętrznie pękałam ze śmiechu, widząc te plansze i tych bohaterów w postaci pionków z modeliny i gipsu. W jednym przypadku byłam przerażona, no bo jak my w to zagramy na terenie szkoły? Imponująca terenówka 😉. Jakie te gry by nie były- wszyscy doskonale znali treść lektury! No a to był cel i to było oceniane, nie artyzm malunku czy umiejętności komputerowych, to nie leży w moich kompetencjach. Do dziś pamiętam tekst jednego z bardziej rogatych czwartoklasistów- O matko, musiałem to przeczytać, książka jakaś dziwna, ale gra mi wyszła super, nie?

 

  1. Co z tą poezją? Jak ją sprzedać? To wcale nie jest śmieszne. Dzieciaki żyją w czasach mediów społecznościowych, łatwo dostępnej pornografii, „miłość”, „szczęście”, „honor” itp. to często dla nich jakieś dziwne hasła z innej epoki. No i wyjdź teraz do nich z Mickiewiczem, Baczyńskim, Norwidem i Szymborską. Poezja to świat dla tych, którzy chcą pomyśleć, poczuć, przeżyć. Chyba świat dla nielicznych. Kiedyś wepchnęłam ich do tego świata wbrew ich woli. Ustawiłam w dwóch szeregach, twarzami do siebie, poprosiłam, by zamknęli oczy i wyobrazili sobie miejsce, sytuację, w której są naprawdę szczęśliwi. Nie myśl, że obyło się bez śmiechów, drwin i marudzenia. No bo co też ta kobieta znów wymyśla za głupoty. 😉 Zapowiedziałam, że idę między nim i osoba, której ramienia dotknę, mówi, co widzi, gdzie jest, jak się czuje. Oj szybko śmiechy ucichły, zaczęli słuchać siebie nawzajem, choć się nie widzieli. Czasem to były banały typu łąka, plaża, fotel przed monitorem i konsolą, a niekiedy perełki- miejsce przy stole w mieszkaniu babci, która odeszła rok temu, zapach ciasta które piekła, wspólne wakacje z rodzicami, zanim się rozstali, dotyk ciepłego języka psa na dłoni, piosenka… bo wtedy rodziła się miłość. Tak kochani, te dzieci całkiem poważnie mówiły o tym, co ich uszczęśliwia… w sali lekcyjnej, pośród kolegów i koleżanek z klasy, po policzkach popłynęło kilka łez, moich też i nikt się już z nikogo nie śmiał. To był wstęp do poezji Gałczyńskiego „Prośba o wyspy szczęśliwe”. Po tym przeżyciu słuchali wiersza z uwagą, nie bali się mówić, co myślą, byli bliżej samodzielnej próby interpretacji. Tunel myśli- tak się nazywa ta metoda, ale tego dowiedziałam się znacznie później. Myślałam, że to tylko taka moja fanaberia. 😉

 

  1. Jak sprawić, by sami chcieli pisać? Temat, który nie będzie ich ograniczał. Zauważyłam, że tak to trzeba ograć. Dzieci chcą pokazać, co ich w tym dzisiejszym świecie niepokoi, czego się boją, a co ich ekscytuje. „Mały Książę” to temat rzeka (najcenniejsza lektura moim zdaniem!) i jednym z zadań, które dzieci zawsze z pasją realizują, jest opowiadanie o tym, jaką kolejną planetę mógłby odwiedzić bohater i kto by na niej mieszkał. To zmusza do refleksji nad słabościami współczesnego im człowieka. Oj ilu swoich tatusiów i mam oni na tej planecie umieścili, czasem nawet nieświadomie. Poruszyła mnie planeta, na której mieszkała kobieta, która cały czas patrzyła w swój telefon, robiła sobie selfie, czytała, korespondowała… nie zauważała Małego Księcia, dopiero w późniejszej rozmowie z nim, powoli do niej dotarło, że jest na tej planecie sama, wszyscy bliscy ją opuścili. Była zbyt zajęta, żeby to zauważyć. Czy z tej szkolnej pracy bił wielki smutek i osamotnienie? Pamiętaj, dzieci piszą z pasją, jak wkładają w to swoje emocje. Wtedy piszą samodzielnie i szczerze.

 

  1. A co z tą słynną dramą? Każdy polonista wie, że to pożądana metoda nauczania naszego przedmiotu. Scenki z gotowym scenariuszem (bezsens jak dla mnie, a dla nich nuda), scenki ze scenariuszem napisanym przez dzieci (tu już lepiej), jednak ja cenię tzw. teatr improwizacji. Dziecko wchodzi w rolę, staje się bohaterem powieści, podmiotem lirycznym, narratorem opowiadania itd. Jedyne, co ma, to wiedza na temat postaci, którą odgrywa, ale to on daje jej życie. Jest interakcja z innymi dziećmi, więc są emocje! Tylko po takim ćwiczeniu… trzeba z tymi dziećmi usiąść spokojnie i porozmawiać o tym, jak zachowali się ich bohaterowie, co nimi kierowało, co czuli itd. Nigdy nie zapomnę dialogu podmiotu lirycznego z… Matką Boską, bo do niej zwraca się on w wierszu „Modlitwa do Bogarodzicy” K. K. Baczyńskiego. Naprzeciwko siebie usiadło dwoje uczniów klasy trzeciej gimnazjum i zaczęła się dziać magia. Pojawiły się pełne żalu pytania o sens śmierci młodych ludzi w czasie wojny, rozmawiali o istocie miłości i poświęcenia, rozmawiali o rozdzierającym bólu matek, które tracą synów. W końcu dziewczyna, odgrywająca Matkę Boską powiedziała smutno- „zginiesz, mając 23 lata, to będzie w czasie powstania warszawskiego, zginiesz próbując wydrzeć razem z innymi wolność, nie zrozumiesz sensu tej śmierci, ale kolejne pokolenia tak”. Słuchałam tych dzieci i zastanawiałam się, skąd im się to bierze? Wchodzą w rolę i robią za mnie całą lekcję. Każdy w tej klasie wiedział na długi czas, kim był Baczyński, jak zginął, ile miał lat i jaki rodzaj poezji tworzył. Bo każdy, kto słuchał tej rozmowy… czuł emocje.

 

Na tym skończę, bo wpis i tak jest już za długi. Może coś komuś się przyda, może zainspiruje, może skłoni do większej odwagi w wychodzeniu poza bezpieczne schematy nauczania. Myślę, że warto ryzykować, bo dzieci pod płaszczykiem tego bzdurnego „ha, ha, ha ale dziwna baba”, mają masę do zaoferowania, trzeba im tylko dać na to szansę. 😊

 

Ps. Jednym z moich życiowych marzeń jest grać w takim teatrze improwizacji. Niestety nie ma takiej grupy w moim mieście, ale cały czas szukam, jak coś wiecie, to dajcie znać. Pozdrawiam. 😉

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *