Lubię świat, w którym nic nie jest moje.

              Wyjedź na wieś, mówią, tam i czas, i przestrzeń bardziej należy do ciebie. Tam oddychasz pełną piersią i czujesz…zapach pór roku. Wiem, ja to wszystko wiem, czasem doświadczam, choć z rzadka.

Nie mam rodziny na wsi. Jest pewien dom, nad pewną uroczą rzeką, drewniany, z werandą i on należy do nas wszystkich i do nikogo zarazem. Nie istnieją księgi wieczyste, nie ma aktu własności… jest tylko zachwyt nad jego pięknem i rodzinne tragedie w cieniu tego domostwa. Zbyt wiele emocji nas wszystkich z nim łączy, byśmy mogli spokojnie i wspólnie o niego dbać, zaszłości, konflikty naszych rodziców i ich rodzeństwa, choroby, śmierć. Ten dom i jego okolice to jedyna wieś, jaką znam, bywałam tam w dzieciństwie- odwiedzaliśmy regularnie groby bliskich i ten niezamieszkały dom po moich dziadkach. Co pamiętam? Niewiele… papierówki rozrzucone wokół jabłoni, orzechy laskowe wybierane z wysokiej trawy, której nikt nie skosił, skrzypiąca podłoga, zapach ciężkich, drewnianych mebli, białe okiennice, szum wielkiego pola nieopodal, pianie kogutów, szczekanie psów z oddali. Tyle tej wsi było w moim życiu.

Dziś, gdy wyjeżdżam poza miasto, czuję się zagubiona, jakby wyjęta z mojego świata. Jest pięknie, ciszej, wolniej… a mi po dwóch dniach zaczyna ta cisza dokuczać. Po kilku dniach cudownych spacerów moje myśli biegną do miejskiego życia.

            Coś ze mną jest nie tak? Jestem zmanierowanym mieszczuchem? Mam mózg wypalony hałasem i spalinami? Myślę, że nie. Ja po prostu kocham być wśród ludzi i w miejscach publicznych. Lubię jeździć pociągiem, lubię siedzieć na ławce w miejskim parku i widzieć toczące się wokół mnie życie. Cenię wszelkie interakcje, nawet z nieznajomymi mi osobami… ostatnio zagadał mnie starszy pan w księgarni, nie umiał czegoś doczytać drobnym drukiem, pomogłam, a potem potoczyła się rozmowa, ile w tym frajdy, że ktoś obcy dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami i kawałkiem historii swojego życia.

W przestrzeni miasta jest coś magicznego, jest jakaś energia. Większość moich koleżanek stukała się w czoło, gdy im opowiadałam, że marzę o podróży do Nowego Jorku, a mieszkać bym chciała w centrum dużego miasta, najlepiej gdzieś wysoko. Chciałam wychodzić z mieszkania, zjeżdżać windą w dół i po przejściu kilku kroków być w teatrze, kinie, kawiarni i na ruchliwym miejskim placu. Takie były moje pragnienia, gdy myślałam o dorosłym życiu, a koleżanki rozwodziły się na temat domku z ogródkiem w cichej, eleganckiej dzielnicy, ewentualnie willi za miastem z dużym ogrodem i basenem. Kilka młodych dziewczyn na ławce w centrum Częstochowy, wśród bloków z wielkiej płyty i wybetonowanych podwórek… snuły marzenia.

Stało się inaczej, nie mieszkam w big city i nie mam teatru dwa kroki od domu. Mieszkam w pięknym mieście, mam tu rodzinę, przyjaciół, znajomych, pracę, którą lubię. Mogę bez trudu wyjść wieczorem do pubu, wyskoczyć po południu po sałatę do warzywniaka, czy wsiąść na rower i za kilka chwil być nad jeziorem. Ale to jest miasto, dlatego jestem tu szczęśliwa. Ta moja, ale zupełnie nie moja przestrzeń. Miasto daje mi możliwość bycia spontaniczną, ruszenie się z domu nie jest wyprawą, którą należy zaplanować. Lubię w mieście każdą porę roku, wszystko się zmienia, ludzie inaczej wyglądają, mają nawet inny nastrój w zależności od pogody.

W przestrzeni miasta nic nie jest moje, ale wszystko jest oswojone.

Mój sposób myślenia jest kompletnie nie na czasie i aż wstyd się do niego przyznać. Zauważyłam, że moi rówieśnicy przeżywają wielką, duchową apoteozę kontaktu z naturą i wiejskiego życia. Budują domy pod lasem, wynajmują domki w górskiej dziczy, absolutnym hitem są urlopy w Bieszczadach i Białowieży. Ja też chłonęłam alpejskie odludzie ostatniego lata z wielkim zapałem… 3 dni mi wystarczyło stanowczo. 😊 Gna mnie do ludzi i miast niesamowicie. Nowy Jork nadal pozostaje na TOPIE miejsc moich marzeń, ale też wiele innych miast, które widzę w filmach, na zdjęciach i obrazach.

          Skąd ten wpis? To odpowiedź na wciąż zdziwione miny i niezrozumienie mojej niechęci do podmiejskiego życia. Nie ma co się dziwić. Ja w pełni rozumiem, że ktoś może kochać, jak mu wiatr hula za oknem, gdzie rozpościera się widok łąk i lasów w oddali. Nie wszyscy musimy być tacy sami i lubić to samo, gdyby tak było, świat byłby nudny jak przysłowiowe flaki z olejem.

Hmmmm, a może pani Ewie, która za moment skończy lat 40 już nie wypada mieć takich marzeń? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *