A ja znów podsłuchuję… tym razem o szybko zmieniających się trendach wśród młodych. 😉

              Kolejna rozmowa z serii tych zasłyszanych, jak ktoś woli wprost- podsłuchanych, ale tak jakoś samoistnie, bo nikogo podsłuchiwać nigdy nie planuję. 😊

– zobacz, tu są ekstra leginsy i ta cena!- prawi młode dziewczę na oko lat 18,

– daj spokój, to było modne jakiś miesiąc temu, ja bym tego już nie ubrała- odpowiada zdegustowane drugie młode dziewczę,

– masz rację, takiego printu (dla niewtajemniczonych- wzór nadrukowany na leginsach 😉) się już nie nosi, poszukam czegoś na czasie- odpowiada pierwsza z dziewcząt.

Jakoś mnie ta rozmowa skłoniła do refleksji nad poziomem konsumpcji mody i trendów młodego pokolenia. No właśnie…. jak coś może być modne miesiąc? Jak Ci młodzi ludzie rozumieją w ogóle modę? Jak oni dokonują zakupów i jak często? Czy naprawdę żyjemy w świecie, gdzie ubranie traktuje się w kategorii szybko zużywającej się, taniej rzeczy, którą można wyrzucić po 4 tygodniach?

          Zawsze mi się wydawało, że rok w świecie mody dzieli się na dwa, góra cztery sezony. Gdy nadchodziła zmiana sezonu, ruszała machina marketingowa, która miała nakłonić nas do zakupu nowości.  Określona kolorystyka, rodzaj tkanin, fason płaszcza lub sukienki, charakterystyczne dodatki czy kolory w makijażu. Tą sezonowość odczuwałam od dziecka, bo to był też rytm pracy mojego ojca- krawca. Raz były zimowe płaszcze i ciepłe kostiumy, a innym razem marynarki, spódniczki i garnitury stawały się lekkie, tkaniny jasne, podszewki cieńsze- zmieniał się czas w modzie z jesienno- zimowego na wiosenno- letni. Zmieniały się skrawki tkanin, których było wszędzie pełno.

Ile dziś jest sezonów w modzie? Jak często sieciowe koncerny odzieżowe promują nowe wzory, kolory i fasony? Czy naprawdę dzisiejsze nastolatki i młode kobiety wymieniają garderobę co miesiąc lub dwa?

Hmmm, pewnie uważasz to za bzdurę, bo kogo na to stać? A ja Ci powiem, że wszystkich. Bo dziś modna koszulka kosztuje 19,90, a dżinsy przetarte w nowy, modny sposób 69,90. Za kilka tygodni być może wylądują w śmietniku lub w worku z odzieżą na zbiórkę dla instytucji charytatywnej i popłyną kontenerem do krajów trzeciego świata, czyli wrócą tam, skąd do nas przyszły…. całkiem niedawno.

Niestety, ale przez ostatnie dziesięciolecia przekonano nas, że oszczędzać, to znaczy kupować tanio. No jasne, słusznie, tylko niestety u wielu osób to generuje pęd do kupowania w hurtowych ilościach. No bo skoro to takie tanie, bluzka tańsza od kolacji w restauracji, spodnie tańsze od biletu do Multikina na sobotni seans, no to nad czym tu się zastanawiać? Iść, kupić, jak się zniszczy (a szybko się zniszczy, bo małe rączki niewykwalifikowanych szwaczek w Bangladeszu muszą być szybkie, wiec jakość szwu jest nieistotna), to wywalić i kupić kolejną, modną w danym miesiącu rzecz.

          Nie wiem, czy zdajemy sobie z tego sprawę, ale co 6 człowiek na świecie jest związany z przemysłem odzieżowym. Produkujemy takie ilości ubrań, że jest to porównywalne z produkcją żywności i środków chemicznych oraz farmaceutycznych. Konsumujemy te dobra w tempie przerażającym, a one później leżą u wybrzeży Dominikany wśród plastikowych butelek i pampersów. Tak, rajskie wakacje to w kurorcie, a dzika plaża może was zaskoczyć toksyczną mazią z naszych poliestrowych sweterków.

Powiem Ci coś jeszcze… największa fala samobójstw na świecie wstępuje w Indiach, wśród rolników uprawiających bawełnę. Przemysł odzieżowy to przemysł śmierci. Taki rolnik musi kupować ziarna od koncernu, który ma monopol. Są to ziarna bawełny GMO, żeby szybciej rosła. Zapożycza się, żeby je kupić, sieje, a później musi od tego samego koncernu kupić masę pestycydów, bo ta bawełna tego wymaga. Bierze chemikalia na kredyt, by robić opryski na swoim polu. W efekcie przedstawiciele koncernu i tak do niego zawitają i poinformują, że w związku z jego niewypłacalnością przejmują część jego gruntu jako pokrycie zadłużenia. Rolnik idzie w pole z butelką pestycydów i je tam wypija… już nie wraca. Zostaje wdowa i dzieci, kilkoro z nich to osoby niepełnosprawne, bo w każdej wiosce są takie dzieci… zatrucie opryskami pól bawełny.

No ale to jest cena, jaką płaci trzeci świat za problemy pierwszego świata– print na leginsach musi być modny, te z ubiegłego miesiąca można już wywalić i kupić nowe.

Młodzi ludzie nie mają pojęcia, co to znaczy dbać o ubrania, nosić je kilka lat, oddawać buty do szewca, a płaszcz do krawca, żeby go dopasował do naszej aktualnej sylwetki. Krawiec, szewc, zegarmistrz… ginące zawody. Mój tata szyje marynarkę kilka dni, robi przymiarki, dobiera naturalną podszewkę, wykańcza wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, doskonale wie, jak ustawić tkaninę pod maszynę, żeby szwy się nie przekręcały (tłumaczył mi to w ubiegły weekend, bo nie mogłam pojąć, czemu te szwy w ubraniach z sieciówek się skręcają), on to wszystko wie, bo jest mistrzem krawiectwa… tylko jego praca kosztuje, a praca szwaczki w Indiach to koszt 3 dolarów dziennie. Jej przyuczenie do zawodu trwało godzinę i już usiadła do maszyny.

              Moje pokolenie to doskonali konsumenci, bo zachłysnęliśmy się ilością dostępnych towarów, pamiętamy czasy kolejek i walki o ręczniki czy chińskie sukienki dla dziewczynek, ale pokolenie naszych dzieci… to konsumenci dóbr jednorazowych. Bez namysłu kupują i wyrzucają. Promocja typu 2 w cenie 1 działa na nich jak magnes… no bo zawsze lepiej mieć dwie nowe pary dżinsów niż jedną. Doskonale widać to podczas słynnych promocji w drogeriach Rossmann, gdy przez kilka dni klientki Klubu Rossmann płacą połowę ceny za kosmetyki do makijażu. Widzę wtedy pełne koszyki podkładów, pudrów, cieni do powiek i szminek, których nie zużyłabym chyba przez pół życia. Podkład używa się ok. 8 miesięcy, paleta cieni do powiek ok. 2 lat, zatem po co komuś 4 podkłady i 5 takich kolorowych palet? Ja Ci powiem…  bo jest tanio, to trzeba kupić, a przecież zawsze można wyrzucić. Ja też korzystam z tej promocji… kupuję to, co jest mi potrzebne, za połowę ceny. Nie kupuję w nadmiarze tylko dlatego, że jest taniej.

Cały problem polega na tym, co nam wmówili przez ostatnie dziesięciolecia. Wbili nam do głowy, że sposobem na rozwiązanie większości naszych problemów jest nabywanie nowych rzeczy- ubrań, kosmetyków, sprzętów, mebli, dodatków. To nam daje poczucie satysfakcji, podnosi samoocenę, poczucie wartości, wypełnia brak kogoś ważnego w naszym życiu… a my to sprzedajemy naszym dzieciom, bo oni widzą i uczą się tych modeli szalonego konsumpcjonizmu.

              Jakoś po zasłyszanym dialogu i nawale myśli, bo przecież niedawno czytałam kilka książek o rynku odzieżowym na świecie, szybko opuściłam sklep, gdzie kreuje się trendy w skali miesiąca, a leginsy kosztują 30zł. Skierowałam się do sklepu, gdzie oferowane są produkty włoskiej marki, która produkuje we Włoszech i w kilku niewielkich, rodzinnych fabrykach w Azji,  zgodnie z zasadą fair trade. No i teraz mnie zlinczuj… zapłaciłam za leginsy 139zł. Tak, potrzebowałam taki kolor właśnie, nie dlatego, że jest modny czy niemodny. Potem wróciłam do domu, otworzyłam szafę i zobaczyłam dwie inne pary leginsów z tej samej firmy, które kupiłam… ok. 3 lub 4 lat temu. Które cały czas noszę i nic się z nimi nie stało przez ten długi czas.

Wiem też, że nikt nie popełnił samobójstwa, bym ja mogła wciągać je co rano na swój tyłek.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *