Wojna o zadania domowe trwa!

              Już od jakiegoś czasu w Internetach krążą nienawistne posty i memy na temat okrutnych belfrów, którzy katują dzieci i młodzież wymagającymi zadaniami domowymi. Czy to głos samych dzieci? Nieeeeee, to rodzice są skatowani, przemęczeni i zestresowani, no bo dziś główne brzemię zadania domowego spoczywa właśnie na ich barkach.

Czemu tak jest? Czemu to rodzic przede wszystkim do zadania domowego „siada” i próbuje na różne sposoby zmobilizować pociechę, by też łaskawie rzuciła okiem, co też jest dziś do zrobienia? Takie czasy, takie dzieci, taki szalony pęd obowiązków,treningów, zajęć dodatkowych i rozmaitych aktywności. Dzieci często mają tak przeładowany grafik dnia, że do zadań siadają w późnych godzinach wieczornych.Poziom skupienia uwagi dzisiejszych milusińskich jest przez całą dobę drastycznie niski, to wyobraź sobie, jaki jest wieczorem? Zmęczenie, całodniowe napięcie, do tego ciągła obecność w sieci, kontakt ze znajomymi w komunikatorach, aplikacje mobilne, które krzyczą, bzyczą i omamiają dziecko bez przerwy. A tu sfrustrowana, zmęczona matka woła, wymusza intelektualną aktywność, prosi, nieraz łzy wylewa, byle jakaś ta ocena pozytywna była na drugi dzień. W skrajnych przypadkach sama robi zadanie, a dziecko jednym okiemzerka i udaje zainteresowanie.

          Czy ja rodziców potępiam? W żadnym wypadku. My też żyjemy inaczej, niż nasi rodzice, gdy mieli 30, 40 lat. Biegniemy w maratonie od weekendu do weekendu. W tzw. międzyczasie ogarniamy prowadzenie domu, logistykę życia rodzinnego, wozimy dzieci na dziesiątki zajęć, staramy się wyszarpać dla siebie choć kilka chwil każdego dnia i zupełnie nie w smak nam wieczorne odrabianie z dzieckiem zadań. Po co kończyć wieczór w nerwach, złości i poczuciu bezradności oraz porażki rodzicielskiej.

Rozumiem, że rodziców to przerasta, rozumiem też drugą stronę, bo jestem nauczycielem.

Uważam, że całkowita rezygnacja z zadań domowych jest możliwa, ale nie jest konieczna. Zamiast się kłócić i obrzucać w sieci inwektywami należałoby przemyśleć zasadność i cez zadania domowego. Podejść do tematu zadaniowo i zweryfikować pewne swoje nawyki.

Zadanie domowe ma przede wszystkim służyć utrwaleniu materiału, które dziecko poznało na lekcji. Ma wyćwiczyć pewne umiejętności, usprawnić je. Jestem przeciwniczką zadawania dzieciom nowych treści do opanowania w domu. Możemy też polecić, by uczeń wyszukał pewne informacje i je na lekcję przygotował, ale wtedy nie powinniśmy karać dziecka, jeśli skorzysta z mało wartościowych źródeł. Musi być informacja zwrotna, ale nie ocena niedostateczna, bo następnym razem nawet nie podejmie próby wyszukania czegoś.

Już drugi rok stosuję zasadę, że zadanie domowe nie może być zbyt czasochłonne i zbyt trudne. Nie mam ochoty oceniać mamy, taty, babci i starszej siostry tyko mojego ucznia. Zadania- kobyły, które wymagają kilku godzin, to chybiony pomysł w dzisiejszych czasach. Staram się, by zadanie z mojego przedmiotu nie zajęło dziecku więcej niż 10-30 minut i by nawet ten mniej lotny uczeń był w stanie je wykonać samodzielnie. Nie martwcie się, że zaniedbuję tych najzdolniejszych.Regularnie daję też propozycje zadań nieobowiązkowych, w które angażują się ci,którzy chcą. Uwierzcie mi, to jest magia…. Zadanie „dla chętnych” działa na dzieci jak magnes. Nie muszę, ale zrobię. To jest to. 😊To prawie jak czytanie książki, która nie jest lekturą i nikt mi nie kazał jej przeczytać.

Zauważyłam,że odkąd zadania są przystępne, polecenia proste i zrozumiałe… nie ma sfrustrowanych rodziców na moich konsultacjach. W ubiegłym tygodniu jedna z matek mi powiedziała „tak się cieszę, że chociaż zadania z języka polskiego odrabia sam”.I takie słowa dają mi satysfakcję. Ta samodzielność powinna być głównym celem zadania domowego. Jak dziecko czuje, że sobie poradzi, że ma szansę zacząć i skończyć, bez nerwów, łez i braku zrozumienia… to ono się z tym zadaniem zmierzy.

Staram się też nie oceniać zadań domowych bardzo ostro. Wyśrubowane kryteria stosuję podczas sprawdzianów, kartkówek, prac klasowych, ale zadanie domowe… jak dziecko zrobi samo, ale popełni sporo błędów, dostanie na czerwono jedynkę i usiądzie w ławce z poczuciem porażki, no to mam gotowy komunikat w głowie podopiecznego treści „jestem do dupy, mogłem jednak mamę poprosić, sam nic nie potrafię”. Podjął próbę, zadanie wykonał, a że nie wszystko poszło tak, jak powinno… no cóż podstawowym prawem dziecka w szkole jest popełnianie błędów. Oceniam zadania domowe, ale nie wystawiam za nie jedynek, no chyba, że ktoś oddaje zeszyt, a tam nie ma nic, nawet próby wykonania zadania, a dziecko nie zgłosiło mi na początku lekcji jego braku.

              Trudne to wszystko. Rodzice w poczuciu bezradności krzyczą, że „pracują za nauczycieli w domu”, moje koleżanki i koledzy po fachu nie rozumieją, dlaczego nagle zadania domowe stały się problemem, skoro tyle lat były i nikt o nie awantur nie robił.

Myślę, że każda ze stron musi wykazać się refleksją i zrozumieniem.

Niestety zamiast się nawzajem wspierać dla dobra dziecka… idziemy ze sobą na wojnę. Amunicja coraz ostrzejsza. Nauczyciele odchodzą z zawodu. Rodzice biegają ze skargami do kuratorium… a dzieci dalej są zagubione i bez prawdziwego wsparcia.

1 komentarz

  1. Jasne…Jakbym moim „aniołkom” z zsz powiedziała – zróbcie jeżeli chcecie to bym 3 lata na to czekała 😉 Na moich działa co innego. Ja zawsze im mówię że za pracę domową można dostać ocenę ndst tylko w dwóch przypadkach – gdy się jej nie zrobi i gdy jest ona nie samodzielna. Działa cuda…Zawsze robią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *