Rodzicu… nie bądź stalkerem!

      Jakiś czas temu popełniłam tekst zatytułowany „Rodzicu… przestań chodzić do szkoły za własne dziecko”, dziś uderzam w tym samym kierunku, ale idę dalej…. bo i Wy rodzice posuwacie się coraz dalej.

Co to jest stalking, każdy wie, że jest niszczącą siłą w świecie młodych i tych jeszcze młodszych, też wiadomo, ale że staje się coraz popularniejszym zjawiskiem wśród postaw rodzicielskich względem nauczycieli… o tym póki co jest cisza.

Żyjemy w takim kraju i w takich czasach, że bezpośredni kontakt rodzica z nauczycielem jest tak powszechny i dostępny, jak powidła śliwkowe Łowicza na sklepowych półkach. Żaden to luksus, bo każdy rodziciel ma w zasięgu ręki narzędzie takie jak dziennik elektroniczny z możliwością korespondencji z każdym nauczycielem zatrudnionym w szkole jego dziecka oraz dyrekcją. Dodatkowo wielu wychowawców udostępnia rodzicom swój nr telefonu, mamy zatem sms-y, whats-upy i inne cuda. Zawsze byłam i nadal jestem (jeszcze) zwolennikiem takich rozwiązań, bo to ułatwia życie obu stronom, jest szybko, bezpośrednio i skutecznie. Tak właśnie jest przy założeniu, że jesteśmy dojrzali i szanujemy granice oraz niepisane normy kontaktów służbowych.

No właśnie… (tu głębokie, znaczące westchnienie ;))

Ten rok szkolny trwa niespełna miesiąc, a ja spotkałam się już z kilkoma sytuacjami, w których znaleźli się znajomi nauczyciele różnych szkół, a po których wysłuchaniu oczy przecierałam ze zdumienia i poważnie się zastanawiałam, czy działanie rodzica nie nosi znamion prześladowania, celowego nękania, podważania kompetencji i naruszania prywatności.

Nagle okazuje się, że to Ty rodzicu masz najrozleglejszą wiedzę i doświadczenie w ocenianiu swojego dziecka z danego przedmiotu, to ty wiesz najlepiej, jakie metody pracy powinien stosować nauczyciel i ile lub jakie zadania domowe powinien zadawać. Ba, Ty nawet masz propozycje, jakie ćwiczenia na lekcjach wychowania fizycznego powinny się pojawić.

Ty to wszystko wiesz, bo znasz swoje dziecko i jego potencjał, i jego ograniczenia. Brawo Ty. Tylko daj sobie powiedzieć, że nie znasz…. realiów organizacji pracy szkoły, specyfiki nauczania danego przedmiotu, konieczności indywidualizacji pracy z dziećmi, które są różne, a nauczyciel ma ich w klasie około dwadzieściorga, wymogów co do różnorodności oceniania i wielu innych rzeczy.

I powiem Ci więcej…. wyjdź ze szkoły, bo w niej nie pracujesz!

Twoja ciągła obecność pod salą lekcyjną, pokojem nauczycielskim i gabinetem dyrektora jest absurdalna i do tego niezgodna z wymogami bezpieczeństwa.

Codzienne wysyłanie kilku wiadomości przez dziennik elektroniczny do tego samego nauczyciela również jest niedorzeczne i dziwne. Żądania (bo to już nie są prośby) o wyjaśnianie każdej oceny… obnażają jedynie ogromną patologię na linii komunikacji twojej i twojego dziecka. Rodzice wyłączają dzieci z ich obowiązków, spychają na margines i stawiają w pozycji nierozumnej istoty, która nic nie potrafi.

A wiecie jaka jest prawda? To my mamy problem (też jestem rodzicem) z pozwoleniem dziecku na poniesienie porażki, to my sobie z tym nie dajemy rady i sprzedajemy dzieciom idealną wizję świata pełnego sukcesów.

Rodzic chce mieć codziennie informację, co dziecko ma zadane. Nasi rodzice też chcieli to wiedzieć…. pytali o to nas! Dziś na starcie jest założenie, że dziecko nie zapamięta, jest rozkojarzone, nie wolno go za to karać. Brawo! Wychowujmy kaleki, byle tylko nie dostali złej oceny albo uwagi…bo świat się zawali.

Naprawdę się zawali?

A może pora wreszcie pojąć, że elementem procesu edukacji i wychowania…. są też porażki. Może pora odpuścić i zamiast pisać w panice do nauczyciela, ze absolutnie wam ta ocena nie odpowiada, że ten test był źle skonstruowany, że czasu było za mało, a dziecko było niewyspane… spokojnie przyjąć fakt porażki dziecka i z nim rozmawiać, zwyczajnie tłumaczyć, że każda decyzja ma swoje konsekwencje. Wyjaśniać młodemu człowiekowi, że zła ocena nie determinuje jego wartości, ale tylko od niego i jego wysiłku zależy efekt.

Ktoś dziecku coś niemiłego powiedział? Ktoś go szturchnął? Ktoś nie chciał się z nim bawić? No to ta niedobra wychowawczyni nie zadbała o integrację klasy, inne dzieci są niewychowane, wszyscy się na niego uwzięli, a w ogóle, to piszę do tej baby, niech coś z tym zrobi, bo tak nie może być. To teraz zadam Ci pytanie…. ile minut trwała wasza rozmowa? Zapytałeś swoje dziecko, czego od ciebie oczekuje? Jak się czuje z tym, co się stało? Czy ono czuje się w 100% w porządku w zaistniałej sytuacji? A pomyślałeś o tym, że twojego dziecka nie muszą wszyscy lubić, zachwycać się nim i rozumieć bezkrytycznie? Powiedz mu to! Bo jak się o tym przekona w wieku lat 16, to zacznie się ciąć. Świat miał być taki piękny, a ludzie mieli się zawsze dostosowywać do jego nastrojów i potrzeb… a tu taka dupa za przeproszeniem. Hmmm

Mam radę dla nas wszystkich- zacznijmy rozmawiać z dziećmi, dajmy im szansę, by się uczyły i stawały samodzielne, z porażki nie róbmy tragedii i przestańmy walczyć z nauczycielami, dajmy im pracować.

Żaden rodzic nie ma prawa ingerować w proces edukacji, jeśli jego dziecka nikt nie krzywdzi, a zła ocena to nie krzywda, to jeden z etapów… powiedziałabym nawet, że naturalny, zdrowy i konieczny.

Zatem rodzicu wyjdź ze szkoły, wyjdź z sali lekcyjnej, wyloguj się czasem z dziennika elektronicznego, bo skutki takiej presji widać już dziś gołym okiem….depresje, samookaleczenia i próby samobójcze. Do tego sfrustrowani nauczyciele, którzy z coraz mniejszą radością wykonują swoją pracę, którzy boją się postawić gorszą ocenę. Panie ze świetlicy boją się dać dziecku czas na swobodną zabawę, bo Ty zaraz im zarzucisz, że czas ma być w 100% zorganizowany. Nauczyciele dyżurujący w stołówce boją się zarzutów, że Ty płacisz, a twoje dziecko tak mało zjada.

A Ty piszesz dziesiątki wiadomości, szarpiesz się o kolor spodenek na wf, o godziny zajęć dodatkowych, o kolor ścian i wyraz twarzy pani X, która chyba nie powinna pracować w szkole, skoro jest zbyt mało pogodna.

Na koniec kuriozum, które spędza mi sen z powiek, w jednej ze szkół taka oto sytuacja…matka siedzi z laptopem na szkolnym korytarzu i pisze przez dziennik elektroniczny do nauczycieli. Skąd to wiem? Bo widziałam. Szłam z moim dzieckiem korytarzem z wielkimi wyrzutami sumienia, że w ogóle ja, osoba postronna przebywam na terenie szkoły, a jedna z mam w najlepsze zasiadała pod salą z otwartym w laptopie dziennikiem i wklpywała beztrosko korespondencję.

Matka wszechmogąca i wszechwiedząca zapewne. To już było takie dwa w jednym, jak szampon i odżywka…. jestem tu i piszę do was, hello 😉!

Jestem zwolennikiem ograniczenia kontaktu rodziców ze szkołą, pora się nieco odfiksować, bo zaraz wszyscy wylądujemy na grupowej terapii. Marzy mi się szkoła kanadyjska, do której rodzic nie ma wstępu, na rozmowę z nauczycielem musi się umówić i dostosować do terminu oraz godziny, nie ma mowy o wystawaniu pod salą i czajeniu się na panią. Tam ludzie rozumieją, że nie każdy ma kwalifikacje i kompetencje, by oceniać dziecko…. ma je nauczyciel. Chirurgowi pacjent nie pokazuje, gdzie ma wykonać cięcie, więc Wy przestańcie nas uczyć… jak mamy uczyć i oceniać Wasze dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *