Dlaczego milczę w kwestii nauczania w czasach zarazy? No bo o czym tu gadać? 😊

         Dostałam kilkanaście maili od czytelników (jakie to dziwne, że się ma czytelników, którzy czekają), prosili, żebym się odniosła do obecnej sytuacji w edukacji. Żebym zabrała głos w sprawie zdalnego nauczania, które nagle na nas spadło. Niektórzy moi znajomi też mnie pytali, dlaczego o tym nie napiszę. Dlaczego nie utrę nosa tym, którzy teraz wylewają w Internetach morze hejtu na blefrów, bo te lenie śmierdzące znów nic nie robią, a kasę dostają.

Moje milczenie w tej sprawie najpierw wynikało z zagubienia. Pandemia, zamknięcie szkół, kolejne pomysły, nakazy i zakazy, zalecenia w sprawie nauczania, sprzeczne oczekiwania rodziców (jedni chcą każdą lekcję na żywo, inni się absolutnie na to nie godzą)kolejne pomysły realizacji tego nauczania, Temasy, Meatsy, Google Classroomy, Librusy, Zoomy, dziesiątki pomysłów, dyskusji…..jak to robić? Jak zadowolić wszystkich i samemu nie zwariować? Ile to potrwa? Co myślą o tym same dzieci?

Minęło sporo czasu i mam w sobie już większy spokój. Przede wszystkim zrozumiałam, że to nie jest chwilowe, uważam, że potrwa do końca roku szkolnego, a być może obejmie jeszcze pierwsze miesiące kolejnego. Nie mówimy już o kilku tygodniach, ale o niemal całym semestrze… i jak to zrobić, żeby nie był dla dzieci stracony? Jak pogodzić fakt, że część dzieci nie dysponuje sprzętem z kamerą i mikrofonem w dowolnym czasie dnia? Jak przeskoczyć to, że nie każde dziecko ma dobre łącze internetowe? No i co najważniejsze, nie każde ma teraz taką sytuację rodzinną, że ktoś je w domu dopilnuje i pomoże? Są dzieci lekarzy, pielęgniarek, dzieci samotnych matek, które pracują poza domem. Są dzieci wychowywane przez babcie, które nie mają obycia w cyfrowym świecie. Są dzieci w placówkach opiekuńczych, gdzie łącze internetowe dzieli się na 8 lub 10 urządzeń.

Kolejna sprawa, to nasze nauczycielskie możliwości domowe, sprzętowe i rodzinne. Oczywiście możemy wypożyczyć laptop ze szkoły, ale to jeszcze kwestia dobrego Internetu, braku prywatnej małej dziatwy wokół, dobrych warunków lokalowych itp. itd.

No ale już nadszedł etap, że każdy jakoś się ogarnął. Wzajemne żale nieco wyhamowały, a ja niewiele mam już w tym temacie do powiedzenia.

Myślę, że każdy z nas się czegoś nowego teraz nauczy. Np. ja technologiczny zacofaniec śmigam jak szalona, robiąc zadania interaktywne i testy w Genially, Wordwall i innych tego typu programikach. W przeciągu miesiąca poznałam i przetestowałam (nie żeby tylko z uczniami, ale i do celów prywatnych) Cisco Webex Meetings, Zoom, Meats, Teams i inne takie cuda, o których istnieniu wcześniej miałam średnie pojęcie. Stałam się nieudolną youtuberką- belferką, która bez kompleksów nagrywa te swoje amatorskie lekcji i je (o zgrozo) upublicznia. 😀

Zaczęłam co rano praktykować jogę, bo poranek nie jest teraz takim pędem w psim zaprzęgu. Zaczęłam uważniej planować zakupy i przygotowywanie posiłków, no bo przecież nie wyskoczę po jeden produkt, ryzykując życie i zdrowie 😉.

Doceniłam pracę i kompetencje nauczycieli klas 1-3.  Mój pierwszak czasem łapie się za głowę i mówi- mamo, pani nas tak nie pogania, pani jest spokojna i wszystko tłumaczy kilka razy. Wiem, do własnego dziecka ma się chyba mniej cierpliwości albo ta grupa wiekowa to kompletnie nie mój target. 😉

Z plusów nie bycia w szkole stacjonarnie ogromnym jest brak codziennego hałasu, uwierzcie mi, że moje uszy odpoczywają. Powiesz rodzicu, że mi się w głowie poprzewracało? To dlaczego za każdym razem, gdy wpadniesz na moment do szkoły w czasie trwającej przerwy, wybiegasz, mówiąc do mnie- nie słyszę własnych myśli, jak to pani wytrzymuje?

Pomimo tych wszystkich „dobrych nowości, umiejętności i kompetencji” jest dla mnie jeden wielki minus- tęsknię za energią i synergią żywej interakcji z uczniami, tęsknię za ich oczami, minami, głosami, a nawet wygłupami. Stałam się taką neurotyczną wariatką, że widok pustego korytarza i szkolnej sali (byłam któregoś dnia po książki) wycisnął mi więcej łez, niż jakikolwiek melodramat.  

Ponoć wszystko dzieje się w naszym życiu po coś, może ja dostałam wersję demo życia bez szkoły? A przecież mam protezę w postaci nauczania zdalnego. Jak by mi było nawet bez niej? Nie wiem, może kiedyś się dowiem.

Kochani skupmy się wszyscy na tym, co jest teraz. Przyjmijmy tę rzeczywistość, która nas zaskoczyła. Nie płaczmy, że inne były nasze oczekiwania, że nagle trzeba przeorganizować życie rodzinne, zasady funkcjonowania, więcej czasu poświecić własnym dzieciom itd. Dla pewnych grup zawodowych wali się świat, ludzie tracą dorobek życia, zdrowie, bliskich.

Zatem w odpowiedzi na wasze- co o tym sądzisz? Nic szczególnego Kochani. Nie wieszczę wielkich zmian w podejściu ludzkości do spraw ekologii, tempa życia i konsumpcjonizmu, zbytnią jestem na to realistką. Myślę, że każdy coś tam dla siebie z tego czasu weźmie, nawet ci , którzy wiele stracą, bo powinniśmy wreszcie zrozumieć, że nic w tym naszym życiu nie jest pewne, a „niepewność, to przestrzeń na nowe”. 😊

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *