Metodyczny chaos w głowie.

    To odczuwam, kiedy myślę o rozpoczynającym się właśnie roku szkolnym. Czy pandemiczny czas ma tu jakieś znaczenie? Sama nie wiem, raczej nie. My nauczyciele doskonale wiemy, że co jakiś czas zmieniają się trendy w metodach nauczania, na szczęście nie z każdym sezonem, jak w świecie mody, ale jednak co kilka lat pojawiają się naukowe opracowania autorytetów w dziedzinie metodyki nauczania. Regularnie szkolą nas, jak powinniśmy pracować, by dziecko skutecznie przyswoiło wiedzę i nabyło umiejętności. Nieoficjalnie doszkalają nas też niektórzy rodzice, ale o tym już pisałam w kilku poprzednich tekstach 😉. Dziś dajmy rodzicom spokój.

          Odkąd ja stanęłam na edukacyjnej ścieżce po tej (belferskiej) stronie mocy, na topie z coraz większą siłą były metody aktywne, a z czasem gwiazdą stała się metoda projektowa. Rozglądając się wokół, widziałam pracę i jej efekty orędowników różnych opcji metodycznych, od szalonych działaczy, którzy potrafili pisać z dziećmi wiersze na leśnej polanie i hodować pszczoły, po zatwardziałych wyznawców metody podającej, którzy mimo uszu puszczali wymogi dyrektorów i opracowania naukowe metodyków. Ja jak zawsze opcja środka. Łączyłam metody aktywne z tymi tradycyjnymi, ale nieobca mi praca projektowa, techniki audiowizualne, gry edukacyjne itp.

Patrząc na efekty końcowe, czyli wyniki egzaminów gimnazjalnych (wtedy jeszcze), o dziwo bardzo wysoki poziom wiedzy z danego przedmiotu osiągali często uczniowie tych klas, gdzie nauczyciel był tradycjonalistą. I tu cześć czytelników powinna się oburzyć!!!!!! To realny poziom wiedzy i umiejętności, czy raczej efekt tzw. nauczania pod egzamin? Dzieci obyte z formą typowo egzaminacyjną, które tłukły tego typu zadania godzinami od klasy 7. Dzieci, które dostały od nauczyciela gotową pigułkę wiedzy podaną i konsekwentnie egzekwowaną do wyuczenia na pamięć. Myśląc o tym, zawsze czuję wewnętrzny dysonans. To bardzo proste podać, podyktować, wymagać i konsekwentnie rozliczać. Regularnie robić na lekcjach zadania typowo testowe, a w przypadku języka polskiego skupić się na tych najbardziej prawdopodobnych tematach i formach pracy pisemnej, które królują na egzaminach od lat. Tegoroczny egzamin ósmoklasisty żadnej (zapowiadanej na szkoleniach) rewolucji w tym względzie nie pokazał. Jeżeli pracuje na efekt w postaci wysokiego wyniku egzaminacyjnego podopiecznych, to po co marnować czas na kształtowanie umiejętności pracy zespołowej? A kto to sprawdzi, czy oni potrafią? Co to ma wspólnego z egzaminem? No z egzaminem nic, ale z życiem tak. Tu każdy z nas musi zważyć, czy uczy pod egzamin, czy chce też, by dzieciaki nabyły innych kompetencji, miały okazję uczyć się pracy metodą projektu, współpracy, dzielenia zadań itd. Zawsze jest coś kosztem czegoś.

          Ja sama nie wiem, jaką opcję wybrać. Kusi mnie bardzo takie uczenie pod wynik, do tego jest dla nauczyciela bardzo wygodne i nie angażujące w takim stopniu, jak praca metodami aktywnymi. Z drugiej strony zawsze powstrzymywał mnie głos metodyków, który wybrzmiewał od lat, że dziecko najlepiej uczy się poprzez działanie i tylko wtedy, gdy jest czymś zainteresowane. Przeczyły temu nieco lata obserwacji efektów egzaminacyjnych, ale cóż.

Aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, podczas sierpniowego szkolenia, które dla mojego grona przeprowadziło Centrum Rozwoju Edukacji, usłyszałam, że to nie tak! Że najnowsze badania światowe dowodzą, że człowiek skutecznie przyswaja wiedzę, gdy jest skupiony. Że nie ma czegoś takiego jak wzrokowcy, słuchowcy i kinestetycy, że każda metoda będzie skuteczna wtedy, gdy dziecko jest skupione. Konieczne jest też odtwarzanie materiału z pamięci, czyli stara metoda, gdy zamykamy zeszyt, podręcznik i powtarzamy, co zapamiętaliśmy i tak aż do skutku!

Rewelacje ze szkolenia zbiegły się z moimi obserwacjami i przemyśleniami o tych naszych dzisiejszych dzieciakach. Chyba pora sobie uświadomić, że to jest pokolenie przesycone obrazem, dźwiękiem, krótkimi komunikatami, technologią, wirtualną rzeczywistością. To, co było jeszcze 15 lat temu atrakcją i urozmaiceniem, dziś bywa dla nich nużące. Są przebodźcowani. Musimy chyba przedefiniować pewne sprawy, dotrzeć do punktu, w którym się z tymi młodymi ludźmi naprawdę spotkamy.

Jako przykład tych potrzeb dzisiejszych dzieci podam sytuację z jednej lekcji wychowawczej. Temat związany z etyką konsumenta, zrównoważonym handlem itd. Przygotowałam fragmenty wywiadów i dokumentów, przygotowałam zadania do pracy w grupach i quiz. Kiedy im podałam plan przebiegu lekcji, widziałam takie dość obojętne miny. Nie rozumiałam, czemu są malkontentami i mnie to denerwowało, przecież sporo czasu poświęciłam na przygotowanie zajęć dla nich. Wkurzona usiadłam i zapytałam- no to jak wy byście chcieli, żeby ta lekcja wyglądała? Jeden chłopiec się zgłosił i powiedział nieśmiało- a nie moglibyśmy po prostu o tym porozmawiać? To jest kochani słowo klucz, które często słyszę „porozmawiać”!

               Dzisiejszym dzieciom brakuje relacji z żywym człowiekiem, szczególnie dorosłym. Oni chcą, by do nich mówić, tłumaczyć, pytać o ich odczucia, emocje, o ich zdanie na dany temat. Chcą mieć okazję, by się do czegoś odnieść, podyskutować, a przede wszystkim chcą być wysłuchani.  Dokumenty na youtube mają w zasięgu ręki, kiedy chcą.

Wracając do metod, może zatem warto wrócić do tego mówienia, ale pamiętając jednocześnie, że aby dzieci coś z tego wyniosły, muszą być skupione. To skupienie wygeneruje zainteresowanie i przyjemność słuchania. Tu moi drodzy sprawdzą się prawdziwi specjaliści, mistrzowie swojej dziedziny, którzy dodatkowo potrafią mówić tak, że chce się ich słuchać. Mówić zrozumiałym dla dzieci językiem.

W mojej szkole jest taki nauczyciel historii, którego każda osoba, jaką znam, mogłaby słuchać z uwagą godzinami. Mistrz opowieści i na pewno skuteczny nauczyciel.

          Jaką taktykę metodyczną przyjąć na ten rok? Uczę 7 klasy, zatem odpowiedzialność za wynik egzaminu jest już konkretna. Na pewno trzeba metody podające zintensyfikować i wymagać pamięciowego opanowania sporej części materiału. Także Covid nieco ogranicza wachlarz możliwości. Z wiadomych względów nie będzie już burzy mózgów z użyciem piłeczki, którą uczniowie sobie rzucają z rąk do rąk. Trzeba się troszkę przeorganizować, ale myślę, że każdy z nas zrobi to z korzyścią dla siebie i dzieciaków.

Zdrowego roku szkolnego 2020/2021 Kochani.

1 komentarz

  1. Jak wszyscy odkażą dłonie i piłeczkę przed i po zabawie, to będzie bezpiecznie. Albo może z panią N. zrobicie projekt polonistyczno-techniczny „koła fortuny” z 24 polami do losowania odpowiadającego? …albo dzieciaki coś wymyślą 😀
    Oceny nurtu nauczania – tak najpewniej – możnaby dokonać dopiero po latach, kto ile zapamiętał ze szkoły, jak potrafi wiedzę wykorzystać… ale takich badań nie ma. Ciekawszym bieżącym parametrem dla polonistyki mogłoby być pytanie, ile książek z własnej woli, nieobowiązkowych, przeczytali wychowankowie danego trybu nauczania. Statystyki wśród dorosłych są zatrważające 🙁

    P.S. Rozmawianie? Z dziećmi? Tłumaczenie im pewnych decyzji i planów? Traktowanie ich jak ludzi? Dla wielu to dowód na to, że moje dzieci rozpieszczam i ogólnie źle wychowuję…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *