I co ja czuję? Czego ja chcę? Czy chcę się zaszczepić?

              Powiem Wam, że nigdy się nie spodziewałam, iż kiedyś nadejdzie taki czas…..urodzaju w tematy na bloga o profilu belferskim. Matko i córko, co to za szaleństwo trwa od roku, no bo ja (wy na pewno też) nawet bym czegoś takiego nie wyśniła. No i w tym właśnie czasie wielkiego urodzaju, mnie (swego czasu już dość poczytnej blogerce belferskiej) zupełnie ode chciało się odzywać. Oczywiście byłoby o czym, oj byłoby. Momentami jestem jak wielki gar z buzującą w środku cieczą, ulewa mi się to tu, to tam. Innym razem leżę, patrzę w sufit i rozmyślam, co jeszcze z mojej pracy zostało w stosownej normie, a co już przybrało kuriozalne formy. Nie będę zaglądać tu razem z wami do tego gara, nie ma co rozmyślać o minionym roku zbyt wiele. Nic to nie da, ja mogę gdybać, a efekty będą, jakie będą.

           Moja sypialna jako filia pewnej szkoły podstawowej, a obok pokój małego B filią innej ( o ironio, naprawdę sąsiedniej) podstawówki. Przez cienką ścianę niekiedy przekrzykuję się z przemiłą panią Anną z tej drugiej szkoły. Czasem nawet przerwy mamy w tym samym czasie. 😉

Tak to sobie płynęło… a ja machałam łapkami, próbując nadać temu jakiś logiczny kierunek.

Przystań- święta i ferie była dość specyficzna, inna niż zawsze, no ale co tu biadolić, skoro wszystko jest inne niż zawsze od roku. W poniedziałek wyruszamy w dalszą żeglugę, B stacjonarnie, a ja zdalnie. Urozmaiceniem tego ciasteczka będzie biały lukier w postaci jakiejś siermiężnej zimy, którą nas straszą od kilku dni, a wręcz nazywają bestią.

Co ja czuję? Niepokój. Brak kontroli. Od roku już wiem, że świat jest bardziej nieprzewidywalny, niż myślałam. W takim sensie globalnym oczywiście, bo osobista tragedia możne na nas spaść w każdej sekundzie i zamieść wszystko, co braliśmy za pewnik. No ale tak globalnie? Pandemia???? Że co?

No dobra. Dlaczego ta niemoc u mnie? Nie wiem, może przestałam czuć sens bablaniny belferskiej. Kilka lat prowadziłam bloga, którego główną osią była tematyka związana z pracą nauczyciela, pracą z młodzieżą, dziećmi, ich problemami, naszym wspólnym docieraniem się, sukcesami, porażkami. Potem były różne zawieruchy- likwidacja gimnazjów (i ja naiwnie myślałam, że to największa zawodowa bomba nuklearna, hahaha) , strajki nauczycieli ( o matko, czułam się jak w filmie), manifestacje, potem szukanie nowej drogi w nauczaniu dzieci młodszych ,ajajaj. Teraz te moje słodkie maluchy są już w wieku gimnazjalnym ,tylko co z tego, skoro oglądam ich (a raczej nie oglądam, bo nie lubią) przez szklany ekran. Wracając do meritum, pisząc bloga o tejże tematyce, publikując dziesiątki wpisów, gromadząc pod niektórymi dziesiątki komentarzy, gorące dyskusje o kondycji polskiej szkoły, statusie nauczyciela, koniecznych zmianach w systemie nauczania, wrażliwości psychicznej dzieci i młodzieży (to są ważne tematy, no kamaaaan), pewnego dnia zostałam zaproszona do telewizji publicznej, do programu śniadaniowego jako…… matka dziecka, które boi się psów. Rozumiecie to? Jeden wpis o moim spacerze po parku z małym B i o tym, że został obszczekany przez czyjegoś pieska i się wystraszył!

Ja wiem (od mojej ukochanej przyjaciółki, która się zna na roli mediów w budowaniu marki osobistej), że to się zdarza takim blogerom niezwykle rzadko i że każda mądra, przedsiębiorcza osoba, która chce rozwijać bloga, wsiadłaby do Pendolino i pognała do stolicy. Ja to wszystko wiem, tylko ja się bałam, że usiądę w tym studio z wielkim żalem w sercu, że nie zaproszono mnie jako nauczyciela, bo w tym temacie miałabym wiele do powiedzenia, szczególnie w tej telewizji, no ale….

Ta historia z mojego blogowego życia to taki smaczek, ale też i łyżka dziegciu, że nie tego głosu chcą słuchać i słyszeć. 😊

               No dobra, dalej nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, by coś tu napisać? Jak zaczynałam, to wiedziałam, ale już zapomniałam. Zresztą to mało istotne, po roku niepisania zapewne i tak przeczyta to kilkanaście osób, ale mnie cieszy (i zawsze to był główny powód pisania bloga), że usiadłam i do was napisałam. 😊 Sama ta czynność jest szalenie przyjemna.

Bardzo chcę odzyskać poczucie realności, wrócić do pracy w normalnym świecie, nie ścigać dzieci, że muszą mieć maski i nie mogą się do siebie zbliżać. Nie chcę siadać co rano do komputera, sprawdzać obecność, nasłuchując, czy tam po drugiej stronie są żywi ludzie. Rozmyślać, jak się czują, czy uczciwie pracują. Domyślać się, czy mnie słyszą, bo słuchać, a słyszeć to różnica. Chciałabym oceniać, wiedząc, że to odzwierciedla ich realną widzę i umiejętności. Chciałabym widzieć ich twarze, bo to tam maluje się ich nastrój i emocje.

To, co jest teraz, nie jest dobre dla nikogo, ani dla moich uczniów, ani dla mnie. Chętnie wystawię rękę choćby dziś do szczepienia. Wiem, że na szybko robili to ustrojstwo, też się boję, po szczepieniu na tężec miałam rękę jak balon, a co może być po tym? Zniosę i dwa balony, byle wrócić do normalnej pracy i normalnego życia. Jeżeli to jedyne wyjście. Bo skutki życia w tym dziwnym świecie mogą być o wiele gorsze, niż ewentualny NOP po szczepieniu. Może się mylę, nie wiem.

Jedno wiem na pewno…chcę żyć i pracować normalnie!

2 komentarze

  1. Spokojnie, po Comirnaty duuużo rzadziej ręka puchnie 🙂 Za to częściej pojawia się odruch wazo-wagalny, (nazywany przeze mnie odruchem Śpiącej Królewny, bo dzieciom też tłumaczę przed szczepieniem co i jak i po co), czyli zawroty głowy, czasem omdlenia – gdzie dużą role grają emocje (i stąd wrócił obowiązek czekania na siedząco 30 min po szczepieniu).
    Na pierwszym miejscu za to jest „dziwna euforia” 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *