6812398785_3e2a9b5bb3_z

          Jesteśmy rodzicami, kochamy nasze dzieci i chcemy dla nich jak najlepiej. To zrozumiałe. Wielu z nas (może to właśnie Ty) zmierzyło się ze zmianą, jaką zafundowała poprzednia władza – obowiązek rozpoczęcia nauki w szkole przez sześciolatka. Mnie to osobiście nie dotyczy, ale znam rozmaite efekty tego, co się stało. Są w moim otoczeniu mamy zadowolone, mamy radosnych ówczesnych sześciolatków, które trafiły do dobrze przygotowanej na tak małe dzieci placówki, które nie zmagały się z problemem długiej adaptacji i są zadowolone z efektów. Znam też mamy, które do dziś noszą w sercu poczucie krzywdy. Ktoś coś kazał, ktoś zarządził, a ich dziecko na tym ucierpiało. Są różne dzieci, różne szkoły i nie mamy prawa nikogo oceniać.

Obecny rząd odszedł od obowiązkowej edukacji w szkole dla sześciolatków i na pewno wielu z was odetchnęło z ulgą. Kto chce, może wysłać sześcioletnią latorośl do szkoły podstawowej, mam nadzieję, że nikt tym rodzicom nie będzie robił z tego tytułu problemów.

          Teraz wszyscy stoimy przed kolejną reformą. Doskonale wiecie, że rząd zaproponował, a w zasadzie zadecydował o powrocie do ośmioletniej szkoły podstawowej. Być może w perspektywie lat, wielu lat, nie będzie to znacząco zagrażało rzeszom polskich uczniów. Być może dziś, myśląc o takim modelu kształcenia, uśmiechasz się w duszy do własnych wspomnień. Ogromna szkoła, przez wiele lat ci sami nauczyciele mijani na korytarzu. Brak stresu związanego z egzaminem po 6 klasie i zmianą placówki. Nie jestem zdziwiona, że się uśmiechasz i łaskawym okiem patrzysz na swoje wyobrażenie tej sielanki. Tylko jedna rzecz mnie martwi… każda rewolucyjna zmiana ma swój koszt społeczny.  Jak myślisz, jak wysoki będzie on w przypadku planowanej reformy? Kto go poniesie?

Czytaj dalej

teacher-379218_1280

               Późny wieczór, a może wczesna noc? Od lat dzień mojego święta… jestem nauczycielem. Jak zawsze było miło, były pachnące róże, uśmiech dzieci i współpracowników. Było przemówienie dyrekcji i słodkie domowe wypieki. Były pogawędki przy herbacie i tostach z gorgonzolą i gruszką. To wszystko było, być może za rok będzie. Tego nie wiem.

Zastanawiam się, z czym kojarzy mi się słowo REFORMA. Ostatnio takie drażliwe słowo w moich zawodowych kręgach, chodliwe w świecie polityki… zawsze. Popularne w mediach i dość eksploatowane podczas spotkań rodzinnych i towarzyskich.

NOWA WŁADZA = REFORMA

Czytaj dalej

kaboompics-com_office-space-woman-writing

Czy spotykacie na swojej drodze osoby, które jakimś cudownym zbiegiem okoliczności zawsze wykręcą się od tych najtrudniejszych obowiązków, znikną, gdy w firmie jest ten „gorący okres” lub gdy trzeba kosztem swojego czasu i komfortu wesprzeć kogoś, kto potrzebuje pomocy?

Odpowiem za was… spotykacie, macie je w swoim otoczeniu, pracujecie z nimi, przyjaźnicie się lub są członkami waszej rodziny. Ja takie osoby w mojej głowie kwalifikuję do kategorii „przepraszam, ale tym razem wyjątkowo nie mogę ci pomóc”. Wszystko byłoby w porządku, tylko sformułowanie „tym razem” w ich przypadku ma się nijak do rzeczywistości. Zawsze jest ten raz.

Kierowani poczuciem obowiązku, dobrem otoczenia, rodziny lub firmy bierzemy na siebie zadania, które naszymi nie są. Czujemy odpowiedzialność za coś, co nie do końca nas dotyczy, czujemy wstyd i tłumaczymy się za kogoś… za tego człowieka, który „tym razem wyjątkowo nie mógł”.

Takie są fakty, ale mnie nurtuje inna kwestia – czy my naturalnie przyjmujemy do wiadomości, że tak jest, zawsze będzie i z niesamowitą precyzją potrafimy przewidzieć zachowanie tego człowieka w danej sytuacji? Mało tego, wiemy, że to od nas będą wymagać, oczekiwać, a jego tłumaczyć, bo „on taki jest…”.

Czytaj dalej

313H

               Przyszedł nieuchronnie czas, by poruszyć ten kontrowersyjny społecznie temat i niektórym troszeczkę otworzyć oczy.

Jest taka zasada w naszej głowie „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” i nie bez powodu stała się ona znanym porzekadłem. Ja pasjami rozmyślam o tym, jak cudowną pracę ma pani w księgarni, jak sobie te wszystkie nowości wydawnicze przegląda, doradza klientom, oddycha atmosferą miejsca, które bardzo dobrze mi się kojarzy. No tak, ale czy ja widzę, jak ta sama pani taszczy bladym świtem paczki od dostawcy, rozkłada na półkach towar, a wcześniej musi te wszystkie półki dokładnie wytrzeć z kurzu? Nie widzę i obraz idylli buduję na podstawie skrawków, które rejestruje oko klienta księgarni.

Myślę, że z większością zawodów tak jest. Często rozmawiam z młodymi ludźmi, którzy stoją u progu wyboru szkoły na następny etap edukacyjny. Dziewczynki chcą być weterynarzami, bo kochają zwierzęta, a przecież w takiej pracy całymi dniami szczepiłyby cudowne, małe, słodkie pieski i kociaki. Ja wtedy musze wkroczyć z całą brutalnością prawdy i opowiedzieć im najpierw o tym, z czym przyjdzie zmierzyć się na studiach, a następnie wizualizować  tą „ciemniejszą” stronę codziennej pracy, taką jak styczność z naprawdę chorymi zwierzętami, noszenie ich na rękach, a niekiedy usypianie przy akompaniamencie płaczu bliskich pupila. Nie chodzi tu absolutnie o zabijanie pasji, tylko o realny ogląd danego zawodu. Jeśli dziewczynka pomimo pełnej wiedzy nadal pragnie iść na weterynarię, jak najbardziej powinna walczyć o marzenia.

               Jest taki zawód, który w naszym kraju z jednej strony jest znienawidzony przez sporą część społeczeństwa, a z drugiej wydaje się być wymarzonym, cudownym, jedynym takim, gdzie przez dwa miesiące mogę leżeć na łące i podziwiać gatunki motyli.

Czytaj dalej